Wysokie drzewa i cała reszta

Coraz częściej zdarzało mu się myśleć, że rozpad Związku Sowieckiego mógł być największą geopolityczną tragedią ubiegłego wieku i że Matka Boska rzeczywiście mogła płakać krwawym łzami z tego powodu. Może to w wyniku niedoboru światła, braku tak ostatnio popularnej witaminy D, którą podobno regulanie powinno się suplemententować. Alejandro stale powtarzał też, że otaczają go "hasła" - hasła, slogany, za którymi nie stoi nic więcej jak tylko doraźna potrzeba, żeby były. Istnieje tylko ciąg doraźnych haseł - powtarzał w myślach wykonując przy tym charakterystyczny ruch rękami, trochę przypominający "młynek", w odpowiedzi, od personelu, otrzymywał zawsze większą dawkę Haloperidolu - hasła, ich przypadkowy przebieg wobec którego nie ma żadnych, bardziej poważnych intelektualnych zobowiązań, a może raczej to czysta śmiałość konfrontacji z samorzutnym i pragmatycznym nurtem ludzkich pragnień, roszczeń lub tylko oczekiwań. Tak, to możliwe, lecz niepewne. A więc czyżby to nadszedł już ten moment absolutnego zanurzenia się w niemocy? - w gwieździsty boom asocjacji prowadzących w nieznane lub donikąd, gdy każda odpowiedź staje się prawdziwą, a dziewczyny są piękne jak zwykle czyli jak nigdy dotąd? - Alejandro pozostawał niepewny, aż do momentu kiedy podany środek zaczynał działać, kiedy jego stężenie w osoczu przekraczało próg dylematów i niepewności.

Ksiądz kanonik podszedł do tabernakulum, robił to zwykle pośpiesznie. Msza w zakładzie dla psychicznie chorych pod Rosario była ostatnim punktem jego dnia przed obiadem.
Alejandro wstał i machnalnie razem ze wszystkimi ruszył w kierunku ołtarza. Szedł drobnym kroczkiem podobnie jak inni pacjenci. Ten marsz był wypełnieniem jego najczystszej, głębokiej samotności - stanu kiedy to treścią wspomień są już wyłącznie własne chore myśli sprzed roku, dwóch lat albo pięciu. Kiedy powraca się do nich żeby je znowu powtórzyć i znowu spotkać lub zmierzyć się z kimś jeszcze wówczas rzeczywistym - innym od siebie samego dzisiaj - jeśli to "dzisiaj" cokolwiek mogło dla niego jeszcze znaczć.
Alejandro dreptał i dreptał, i nawet na moment nie opuszczał swojego najbliższego towarzysza - tego wspomnienia o sobie kiedy był pięknym chłopcem w żyznym, zielonym lesie młodości.
Za oknami była piękna wiosna. Wysokie drzewa i cała reszta wspomień.


Brzydkie słowa

Mauricio, najmłodszy syn dyktatora, który bardzo lubił czytać Karola Maya i Karola Marksa, pewnego dnia przedstawił swojemu guwernerowi nowy pomysł, ażeby walczyć z "brzydkimi słowami", także w książkach. Zrobił obszerną listę brzydkich lub nieładnych określeń, a potem zaczął stopniowo skreślać je w obowiązkowych lekturach, za którymi raczej nie przepadał. Lista "brzydkich słów" każdego dnia stawała się coraz dłuższa, a chłopak starannie uzupełniał ją o nowe pojęcia. Początkowo Pan Gilberte, cieszył się nawet z tej inicjatywy bo młodzian żeby skutecznie skreślać musiał czytać uważnie, ale wkrótce zaświtało mu w głowie: a jeśli ten projekt znajdzie przychylność szanownego Tatusia...? - przecież chłopak jest nieodrodnym synem swego ojca, a emocjonalnie, na dobrą sprawę, nie różnią się wiele od siebie.
Słuchaj Mauricio - Pan Gilberte postanowił niezwłocznie zwrócić uwagę chłopcu: Problemem nie jest to, że ludzie mówią i chcą mówić brzydkie słowa, ale, że wierzą lub chcą wierzyć w kłamstwa.
Pan Gilberte po wypowiedzeniu owej kwesti jakby momentalnie oprzytomiał, jednak i tak było za późno by ugryźć się w język. Chłopak już patrzył czujnym okiem i bez przekonania w kierunku Pana Gilberte. Przed chłopcem nadal leżała otwarta księga, co tylko potęgowało uczucie napięcia i uwydatniało charakter konsternacji. "Bracia karamazow" nad którymi Mauricio mozolnie pochylał się od dłuższego czasu by tłustym ołówkiem wykreślać "nieładne" sformułowania.
Czy można było wymagać od chłopca, żeby ta ciężka praca okazała się bezsensowna? Czy to aby na pewno będzie wychowawcze? - Szybko zapytał sam siebie Pan Glilberte
i cicho odetchnął z ulgą.


Nigdy więcej światowców

Alberto Sosa, zwany przez wielu pieszczotliwie "czikarito", pewnego razu miał zostać odznaczony. Włodarze podokręgu uznali, że Czikarito, jako prominentny hodowca drobiu będzie dobrym kandydatem do orderu. Głównym jego atutem nie była jednak hodowla, ani tym bardziej aparycja i ambicje światowca, ale to, że ni cholery nie pchał się do żadnej polityki. Trudno powiedzieć w zasadzie czemu? Złośliwi twierdzili, że nikt mu po prostu tego nie podpowiedział, a samo z siebie jakoś nie przyszło to Czikarito do głowy. Więc kiedy włodarze podokręgu wpięli mu uroczyście order w klapę marynarki, nikt nie spodziewał się, że Czikarito wyciągnie zza pazuchy mini transparent z napisem "abolicja". Jego postępowanie zdało się wszystkim zgromadzonym pozbawiona jakiejkolwiek logiki, a sytuacja dla wielu była niefortunie niefotogeniczną. Jak przyszło mu coś tak głupiego do głowy? - to pytanie przez chwile wisiało niemal w powietrzu i trudno było znależć na nie sensowną odpowiedź. Prawdą było na pewno, że Czikarito odziedziczył fermę drobiu po ojcu gdy ta prosperowała już całkiem przyzwoicie, a łeb nie od parady, który żona wniosła do małżeństwa jako wiano, pozwolił by ten spadek nie przepadł w rękach Czikarito bez śladu. Alberta Sosę najpewniej musiały zgubić właśnie jego ambicje światowca. Wyprowadzić go na te dziwne manowce. Po prostu chciał zwyczajnie być modny, sięgnąć dalej, szerzej, wybiec poza nudne sprawunki swojego kurnika, a nawet mało podniecające sprawy swego podokręgu. Szczęśliwie przytomność umysłu zachował Julio - "Czikarito" - powiedział z wyrozumiałością i zwątpieniem - "Jaka abolicja? Tu u nas to co najwyżej to: obstrukcja. Ja albo Ty możemy mieć zatwardzenie. Tutaj do tego mamy przyrodzone prawo. Choć jak na Ciebie teraz patrzę to raczej nie powinienem mieć z tym dzisiaj żadnych problemów." Na te słowa cała sala wybuchnęła gromkimi śmiechem.
Julio spojrzał ukradkiem w oczy swojego przełożonego. Rozumieli się zwykle dobrze, bez słów - nigdy więcej światowców, psia mać. Następnym razem niech bedzie tylko idiota, zwykły idiota i tyle.


Główny hurtownik papug na Mazowsze

Juan Patricio Meza Galardo od przyjazdu do Europy Wschodniej zwykł częściej narzekać niż mu się to zdarzało do tej pory. Można by rzecz nazwać delikatnie: wiodło mu się zdecydowanie "nie najlepiej". Egzotyczne kobiety, za którymi oglądał się tęsknie na ulicy, w żaden sposób nie mogły zamazać wrażenia, że przyjazd tutaj może w nierychłej przyszłości okazać się życiowym błędem - niewybaczalną pomyłką, za którą uroczy chłopiec będzie musiał płacić zbyt wysoką cenę. Ta myśl, ta obawa powracały do niego coraz częściej i kiedy pewnego słonecznego popołudnia pogrążony w smutku zobaczył wielką, zieloną papugę, która wolno zstępowała ku niemu z niebios, a trzepotem skrzydeł rozpraszała złe myśli Juana i popołudniowe strugi słońca, chłopak nie miał już wątpliwości - oto dar. Odtąd mnie, Juanowi Patricio odmieni się los.
Zręcznie pochwycił ptaka i sprzedał go w najbliższym sklepie zoologicznym.
Następnego dnia umieścił krótkie ogłoszenie w lokalnej gazecie: "Sprawnie rozwiązuję problem skrzeczących papug. 200 zł od dzioba" - a w tym czasie właśnie trwała uciążliwa dla wielu ekspansja gatunku w południowym obszarze tegoż kraju. Wkrótce Juan dostarczał niechciane ptaki z południa do sklepów na północy, dzięki czemu zyskał tam przydomek: "Głównego hurtownika papug na Mazowsze", a ów gatunek ptaka zyskał z kolei ogromną popularność. Ceny windowane były wręcz nieprzyzwoicie. Prócz klientów indywidualnych na zakup decydowały się kluby fitnessu, nie wiedzieć czemu, także restaurację sushi oraz kluby nocne dla gejów i lesbijek, gdzie papugi ukradkiem podkarmiane były kokainą po ktorej plotły różne bzdury i dziób nie zamykał im się do białego ranka.
Juan Patrycio był szczęśliwy. Wiedział: To Ty stąpiłeś do mnie pod postacią zielonego ptaka. A ptaki przybywały do niego coraz liczniej i liczniej, jakby go tutaj szukały, jakby podążały tu za nim, do tego odległego, dalekiego kraju, i coraz to częściej zdarzało się Juanowi pomyśleć: do nowej ojczyzny. Choć dopiero dużo później dane mu miało być zrozumieć co ta formuła w swej istocie znaczy.


Przypadek Alejandro P.

Alejandro Perez mimo młodego wieku wyposażony był w brodę i wąsy. Jego lewe przedramię zdobił świeżo wykonany tatuaż - napis na wewnętrznej, czułej stronie mówił: "Nic więcej Ci nie dam". Tatuaż był jeszcze owinięty folią i tylko z dużym trudem można było ten napis odczytać prawidłowo. Siedział swobodnie przy kawie, podobnie jego śliczna dziewczyna. Gdyby nie wątła muskulatura, można by pomyśleć, że Alejandro jest piłkarzem któregoś z popularnych dziś klubów. Młodzi jednak rozmawiali ze sobą po cichu - szeptali i mieli coś takiego w sobie, że przed oczami stawała cała Europa Wschodnia, gdzie ludzie na co dzień posługują się językiem stworzonym do tego, by szeptać. Tutejsi, a już na pewno piłkarze, zachowywali się całkiem inaczej.

Innym razem gdy wychodzili z supermarketu szła razem z nimi kobieta, była to jego Matka. Kundel uwiązany do balustrady ucieszył się na jej widok, ale Ona nie odwzajemniała tego uczucia. Była jedną z tych kobiet, które zwykły podnosić pięść na tle sosnowego przytuliska, letnich wieczorów, gdzie po zmierzchu wiruje kogut, płomień wyjątkowości. Nigdy, w przypadku podobnych kobiet, ich pawdziwa natura nie jest zwyczajnie oczywista - tak jakby zawsze dowiadujesz się o tym kim są o krok za późno.




Kołatka ze złotym lwem

Evita odkąd zmarła jej młodsza siostra stała się jakby powiernicą wszystkich pogrzebów. Ludzie byli jej za to wdzięczni bo doskonale już wiedziała co i kiedy należy robić, czego unikać albo na co zwrócić uwagę. Znała też okoliczne płaczki, prowodyrki modlitw i była w stanie dobrać odpowiednią do oczekiwań i potrzeb rodziny. Było w tym jednak bezsprzecznie coś perwersyjnego.
W domu zmarłego Evita zwykła podchodzić do lustra i stać tam bez słowa, czasem nawet przez kilkanaście minut.
Żałoba przepala przedmioty i ludzi swoim jakimś mistycznym światłem. Odkształca je trwale pozostawiając swój ślad, zapach, aurę. A lustro staje się w jej obliczu jak wejście do labiryntu. Wspólnota osieroconych, przygotowujących pogrzeb podobna jest do zboru okultystów.
Tym razem od lustra oderwał ją dźwięk kołatki na drzwiach. Trzy uderzenia. W pierwszym momencie nie była pewna czy jej się nie zdawało, że ktoś pukał. Podbiegła do drzwi przygotowana na to że nikogo za nimi nie znajdzie ale stała tam niczego jeszcze nieświadoma sąsiadka. Polały się łzy. Kiedy ludzie z sąsiedztwa już wiedzą unikają kontaktu. Jedni zwyczajnie nie wiedzą co powiedzieć,inni boją zarazić się śmiercią. Z Panem Bogiem - żegnała ich Evita. Z Panem Bogiem - powtarzała jeszcze dwa razy. Z Panem Bogiem.


Trzecia droga, niepewność

Alvaro Estudiante przyglądał się gołębiowi spacerującemu na krawędzi dachu. To nic - powtarzał w myślach - Zdrada jest zwyczajnie potrzebna w polityce, bez niej niczego nie udałoby się osiągnąć.
Ludzie i tak zrobią swoje, jak ptaki dokonają nagłego zwrotu, jakby ich masa posiadała wspólny, zewnętrzny rozum, który chroni przed zderzeniem z twardą ścianą rewolucji.
Chyba więc nie powinniśmy przesadnie obawiać się skrajności, bo przecież to one przez krótki moment pozwalają poczuć się pewnie. Trzecia droga, którą stanowi niepewność odnajdzie nas sama. Pewnego ranka wybudzeni suchością w ustach przejdziemy przez chłodny plac. A jasna chmura powie wprost: To jest droga do Buenos Aires. Nie zbaczajcie. Czyż nie nie poczujemy się wtedy zabawni jak nigdy wcześniej?


strona :  1 |  2 |  3 |  4 |  5 |  6 |  7 |