Tarnowskie Góry - Portal Powiatu Tarnogórskiego  
  Tarnowskie Góry - Portal Powiatu Tarnogórskiego  

Zbigniew Markowski
RĘKOPIS ZNALEZIONY W INTERNECIE
felietony 201 - 209   archiwum: felietony 1 -200
(książka elektroniczna pdf)

Sens życia

Po tysiącleciach ciężkiej pracy pokoleń filozofów, po wydrukowaniu tysięcy dzieł na wymieniony temat, po nakręceniu przez Monty Pythona stosownego filmu, dziś wreszcie możemy odpowiedzieć na fundamentalne pytanie o sens życia. Nie - nie dlatego, że udało się odkryć wartość najwyższą. Dlatego, że nasze życie zmieniło się od czasów Arystotelesa, zmienił się więc także jego sens. Sensem życia jest bowiem logowanie.

Bezpośrednio przed tym, zanim człowiek przyjdzie na świat, jego matka loguje się w systemie oczekiwania na dziecko. System jest prosty i przejrzysty - co dzień powie ile dni (oczywiście tak plus - minus) pozostało do rozwiązania, co obecnie trzeba jeść, kiedy potencjalna rodzicielka powinna iść na badania. Przy okazji można wymienić doświadczenia i pogadać z innymi ciężarnymi - w końcu od tego mamy serwis społecznościowy. Gdy malec rośnie powinniśmy pokazać zamieszkałej dalej rodzinie (a może i nieznajomym) ciągłe postępy: raczkowanie, ząbkowanie, pierwsze kroki - ortodoksi pokazują nawet pampersy w stanie daleko odbiegającym od tego, w jakim zostały wyjęte z folii. Wszystko to oczywiście wymaga logowania, w innym już serwisie. Później (jeszcze) maluch loguje się na swojej (naszej) klasie, bo przecież tam spotyka się po lekcjach z koleżankami i kolegami. Z serwisem tym może zaprzyjaźnić się na dłużej, bo jak powszechnie wiadomo szkolne przyjaźnie potrafią przetrwać całe dziesięciolecia - zwłaszcza wsparte technologiami teleinformatycznymi, gdy można pokazać dawnym znajomym chałupę, auto i psa.

Gdzieś po drodze należy zalogować się w serwisie dla młodych ambitnych. Poznajemy wówczas podobnych sobie, którzy także szukają lepszej pracy oraz niepodobnych sobie, którzy zarabiają na życie rozmawiając z podobnymi nam. Kwitnie tam ponadto giełda oceny pracodawców i kilkoma kliknięciami możemy sobie sprawdzić wartość każdej oferty. Później internetowe drogi różnych profesji rozchodzą się na różne strony, pewne zaś jest tylko jedno - należy logować się w konkretnej i właściwej branży. Jeżeli ktoś jest artystą - trafia do serwisu artystów, dziennikarz - do serwisu żurnalistycznego, inżynier - do inżynierskiego.

Można mieć oczywiście jakieś zajęcia uboczne, na przykład handel kartami pamięci do aparatów fotograficznych albo robienie korali techniką decoupage. W tym celu należy zaopatrzyć się we względnie tani towar (półprodukty) i spróbować względnie drogo sprzedać je w serwisie aukcyjnym. Czynności te wymagają rzecz jasna logowania. Gdy współczesny człowiek bierze ślub podaje weselnikom login i hasło, dzięki czemu trafią na stronę, gdzie mogą wybrać odpowiedni (a zatwierdzony przez młodą parę) prezent. Pozwala to na uniknięcie nieprzyjemnej sytuacji, gdy nowożeńcy dostają siedem żelazek do prasowania oraz pięć kuchenek mikrofalowych. Później od czasu do czasu zmieniamy mieszkanie, wynajmujemy kawalerkę lub nabywamy dom, czego dokonać można na witrynie ogłoszeniowej (po zalogowaniu). Życie mija nam spokojnie - od logowania do logowania - aż szczęśliwie przechodzimy na emeryturę. Możemy wówczas oddać się bez reszty czynności wspominania najważniejszych emocji przeżytych lat. Pomoże nam w tym bez wątpienia serwis wymiany plików gdzie bez żadnej litości ściągniemy całe megabajty Jerzego Połomskiego czy Mieczysława Fogga. I dopiero gdy nadchodzi ta ostatnia niedziela i człowiek wylogowuje się z życia na dobre - możemy wreszcie zostawić w spokoju te nieszczęsne okienka z miejscem na login i hasło.

Nic nas już wtedy nie obchodzi, że pogrążona w żalu rodzina loguje się w serwisie żałobnym i zapala ku naszej pamięci wirtualny znicz. Nic nas nie obchodzi, iż wnuczęta w ramach zajęć z informatyki przygotowują przepiękne drzewko genealogiczne z naszym zeskanowanym portretem. Obchodzi nas jedynie spotkanie ze świętym Piotrem, który (co za ulga) ma w ręku jedynie tradycyjny klucz, i spowity w obłok niebiańskiego pyłu zbliża się do nas uśmiechając się łagodnie. Ale już gdy podchodzi bliżej, jego twarz przybiera wyraz nieco bardziej surowy. - Niech będzie pochwalony - mówi na powitanie, - poproszę login i hasło.


Synteza

Języki którymi posługuje się ludzkość dzielą się na mniej syntetyczne oraz bardziej syntetyczne. Widać to wyraźnie na międzynarodowych konferencjach kiedy to zagraniczny gość opowiada coś przez kilkanaście minut, a tłumacz potrafi cały ten wywód skwitować jednym, krótkim zdaniem. Słuchacze dzielą się wówczas na dwie grupy - pierwsza zachwyca się jakąż to mamy syntetyczną mowę ojczystą, w której obfita zagraniczna treść może zostać przetłumaczona kilkoma celnymi słowami. Niestety - jest też druga część widowni uważająca najzwyczajniej w świecie, że tłumaczowi się nie chciało.

Syntetyczny charakter języka polskiego bardzo dobitnie widać na internetowej stronie tarnogórskiego Urzędu Miejskiego. Bogatą (bądź co bądź) gałąź lokalnej wiedzy udało się tam streścić w trzech akapitach - dwa zawierają po dwa zdania, jeden - aż cztery. Oprócz oczywistych parametrów geograficznych Niemiec dowiaduje się z witryny, iż w Tarnowskich Górach jest coś, co nazywa się wasserpark należący do tak zwanych erholungsattraktionen (dwa zdania). Jest także w mieście gwarków coś nazywające się natur, a zilustrowane zostało prześwietlonym zdjęciem jakiegoś ścieku. Tłumacz miał szczery zamiar opisać w języku Goethego także coś nazywające się Schmalspurige Kleinbahn, jednak w dziale tym umieścił jedynie dwa słowa: słowo "Schmalspurige" oraz słowo "Kleinbahn". Podobny los spotkał dział "Silbergrube" w którym jest tylko jedno słowo - "Silbergrube". W dziale "z ostatniej chwili" - tytuł napisany po polsku, dla niepoznaki opatrzony sygnaturą "de" przeczytać możemy tajemniczą wiadomość o treści "test". Jest też dział dla Niemców, którzy widzą słabo, jednakowoż jeżeli któryś z nich słabo widzi - obowiązkowo musi znać język polski, bo tylko w tym języku zatytułowano stosowną rubrykę.

Jeszcze bardziej syntetyczny jest język angielski. Zawiera tylko jedną część - jej tytuł brzmi "city". W części "city" mamy tylko jedno słowo - "brak". I na tym koniec. Złośliwiec powiedziałby, że Tarnowskie Góry mają tak małe śródmieście, iż można je uznać za nieistniejące (brak). Dogłębna analiza prowadzi nas jednak w wyjaśnienie znacznie bardziej skomplikowane. Jeśli bowiem spojrzymy na witrynę oczami Anglika czy Amerykanina, dociera do nas, iż odbierał on będzie wszelkie treści we własnej mowie. A w mowie tej "brack" oznacza rybią łuskę. Autor chciał więc zapewne w skrótowej (syntetycznej) postaci poinformować cały anglosaski świat, iż brak (brack) to kulturowy fundament miasta. To łuska czarnego pstrąga wypływającego uroczyście z czarnej sztolni świadczy o wielowiekowej tradycji i cywilizacyjnym odniesieniu. Także w wersji angielskiej mamy dział z gorącymi wiadomościami. Od miesięcy najgorętszą informacją jest informacja, że "last moment". Cała reszta wersji angielskiej jest już po polsku, nie licząc oczywiście dumnego napisu tytułowego "english version". Jakiś english mógłby mieć nieco odmienne zdanie na temat tego version i dojść do przekonania, że ktoś zrobił to wszystko na last moment.

Umiejętność posługiwania się obcymi językami w sposób syntetyczny świadczy o wysokich kompetencjach miejskich urzędników w zakresie promocji. Nie posługują się oni (jak w innych, prymitywnych miastach) prostymi i czytelnymi tłumaczeniami, lecz proponują odwiedzającemu stronę swoistą grę wyobraźni, domyślności i fantazji. Otwierają przed gościem szeroki świat, w którym dopisać on może sobie co tylko chce. Jest też oczywiste, że zabieg taki wspaniale rozsławia Tarnowskie Góry w świecie. Cóż to musi być za wspaniałe miasto, że zamiast powiedzieć o co chodzi - potrafi posługiwać się tajemniczymi skrótami myślowymi, przemieszaniem pojęć. Umie podnieść przed obcymi poprzeczkę na naprawdę wysoki pułap. Taki nie do przeskoczenia. Aż się chce zapytać ile też podatnika kosztowało wyrafinowane dzieło lingwistyczne.

Jak zwykle w przypadkach syntetycznego tłumaczenia publiczność w połowie podzieli zapewne powyższy pogląd. Tak się jednak głupio składa, że zawsze pozostaje ta druga połowa. Połowa, która uważa, że komuś się nie chciało.


Studencki dub

Skomplikowana pozornie odpowiedź na pytanie - co robi student - nikomu znającemu choć trochę realia akademickiego życia nie powinna nastręczać problemów. Wiadomo - student to skrzyżowanie promocyjnie sprzedawanego miksera i najnowszego telefonu: robi wszystko. Studiujący w Katowicach mają więc (na ten przykład) całkiem przyzwoitą drużynę futbolu amerykańskiego, zaś większość koncertów organizowanych w w regionie nie odbyłaby się, gdyby nie impresariat z żakowskim rodowodem. Studenci zdobywają szczyty Himalajów albo żeglują po Pacyfiku. Ale od kilkunastu miesięcy studenci robią jeszcze jedną rzecz, a mowa o lipdubach.

Lipdub to film trudny do zdefiniowania, wiadomo jednak, że jego główne cele to dobra zabawa i promocja własnej szkoły. Obowiązkowe jest też wykorzystanie jednolitego podkładu muzycznego, który najczęściej odśpiewywany jest przez kolejno pokazywanych aktorów. Najambitniejsi twórcy gatunku stawiają sobie za cel, by cały teledysk przedstawiony został na jednym jedynym ujęciu - wymaga to nieprawdopodobnie precyzyjnego planowania i katorżniczej roboty reżyserskiej. Kamera błąka się więc po uczelnianych korytarzach, bywa że zajrzy do laboratorium, wizytuje aulę - wszędzie zaś towarzyszą jej śpiewające osoby poprzebierane zgodnie z konwencją lub choćby fantazją. W związku z tym sporo pracy ma więc także każdy z uczestników przedstawienia: w końcu jest swoim własnym scenografem, choreografem, reżyserem i producentem.

Szaleństwo lipdubowe rozpoczęło się (o dziwo) w Niemczech i szybko opanowało cały świat, zaś przegląd YouTube nie zostawia żadnych wątpliwości - to najdynamiczniej rozwijająca się gałąź filmu przebijająca swoim rozmachem nawet obrazy 3D. Aby wyrobić sobie jako takie pojęcie o lipdubach trzeba spędzić w sieci kilka godzin, warto jednak czas ten odżałować, zwłaszcza że jako nacja nie mamy się czego wstydzić. Polskie produkcje (choć może to subiektywna opinia) mają największy rozmach, najoryginalniejszą poetykę, widać w nich ogromną staranność oraz poświęcenie dla filmowej idei. Na prywatnej liście przebojów niżej podpisanego od samego początku rządzi produkcja Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który z jednego arcydzieła (piosenki zespołu Queen) zrobił małe, równie piękne arcydziełko. Warto obejrzeć film Uniwersytetu Jagiellońskiego - obraz ma wręcz hipnotyczny rytm i niezliczoną liczbę ciekawych kostiumów, autorom udało się uzyskać między innymi damę z gronostajem oraz doskonałego mima w windzie. W lipdubowym świecie królują też studenci Akademii Ekonomicznych zadając kłam tradycyjnemu traktowaniu ich jako grupy zatwardziałych sztywniaków.

Nic więc dziwnego, że zjawisko wypełzło ze swojej akademicko - sieciowej nory i dał mu się porwać profesor Jan Miodek własnym autorytetem wspierający filmowe wyczyny studentów z Wrocławia. Nic dziwnego, że w produkcję włączyły się młode i ambitne grupy profesjonalnych filmowców proponujące swoje wsparcie dla lipduba zaprzyjaźnionej uczelni. Nic dziwnego, że poczęty w wyższej szkole pomysł zaczyna schodzić niżej: do liceów, gimnazjów a nawet podstawówek. I nic dziwnego, że widzów filmiki takie mają coraz więcej. Nic dziwnego, że dochodzi do ostrej rywalizacji na lipduby, zaś brak takowego w repertuarze uczelni traktowane jest jak wstyd większy od braku rektora.

Choć potencjał kreatywności w świecie żaków zawsze było olbrzymi, eksplozja teledysków dowodzi, iż brakowało jednak dwóch istotnych narzędzi. Po pierwsze - tanich kamer powszechnego użytku, które musiały najpierw trafić pod strzechy. Po drugie zaś - potrzeba było publikatora, medium o światowym zasięgu w postaci Internetu, który film jednego widza zamienia w bestseller wielu kontynentów. W odpowiednim miejscu i stosownym czasie właściwe elementy trafiły jednak na swoje miejsca. Możemy więc ogłosić, że zaraz po wakacjach eksploduje kolejna fala studenckich i nie tylko studenckich eksperymentów filmowych. Bo student robi wszystko - ze szczególnym wskazaniem na lipduba.


Kto pyta

W wojnie między ankietującymi a ankietowanymi, która za sprawą wyborów rozgorzała nam na dobre wciąż atakuje pierwsza z wymienionych stron. Respondenci są - jej zdaniem - mało kumaci, pokrętni, mówią że zagłosują tak, potem zaś (przy urnie) zmieniają zdanie. To przez nich nie udają się symulacje i stymulacje, wykresy oraz zakresy. Ponieważ ankietowanym także należy się jakaś obrona, niżej podpisany niniejszym wystąpi w charakterze Społecznego Rzecznika Praw Badanych w Różnych Takich Badaniach Opinii Publicznej. W końcu każdy może sobie takim rzecznikiem zostać a potem publikować sprawozdania.

Aby dojść do wniosków potrzebujemy przykładów - oto przykład pierwszy. Z grubej rury opinię publiczną postanowił przebadać tarnogórski Urząd Miejski. Zadał więc pytanie, nad którym nie sposób przejść do porządku dziennego - swoją działalność sondażową rozpoczął bowiem od kwestii jaką też porę roku mieszkańcy Tarnowskich Gór lubią najbardziej. Wiadomo - w pracy miejskiego urzędnika niewiele jest problemów tak palących jak wiedza na temat ulubionej pory roku petenta. Jeszcze pół roku temu, gdy człowiek wchodził do ratusza ze stosownym podaniem, pracownicy magistratu wiedzieli o nim tyle co nic: dziś urzędnik zmierzy nas wzrokiem i wie, że w 55% lubimy lato, w 24% wiosnę, zaś w 11% zimę. Od razu lepiej się pracuje. Teraz ludność czeka na kolejne ważkie pytania: o popularność gry w kuku, przyswajalność lodów truskawkowych nocą oraz stosunek do żyjątka nazywanego drosofilia melanogaster.

Inna strona - także tarnogórska - jeszcze jesienią 2009 (ulubiona pora roku 10% mieszkańców Tarnowskich Gór) spytała swoich czytelników gdzie wybierają się na sylwestrowe szaleństwo. Po jakimś czasie okazało się, iż 51,79% respondentów nie udaje się nigdzie (opcja "zostaję w domu), zaś jedynie jeden gość (stanowiący 1,79% badanej populacji) pojedzie za granicę. Uzyskane wyniki są tak doniosłe, że wspomniana strona publikuje je na honorowym miejscu do dziś. Za chwilę zresztą nie będzie się opłacało sondy likwidować, wystarczy trochę poczekać i noc sylwestrowa za pasem. W końcu zegar, który się zatrzymał też dwa razy na dobę pokazuje prawidłowy czas.

Jeszcze inna strona wprawiła onegdaj w osłupienie całą widownię pytając wprost i bez żadnej litości: "Czy jesteś za regularnymi wizytami prostytutek w klasztorach". Na pierwszy rzut oka wydawać się mogło, że autorem jest jakiś zakonnik, który ma poważny problem. Ponieważ jednak miasto jest małe, szybko udało się ustalić, iż osoba jest jak najbardziej świecka i działa z pobudek filantropijnych, choć bez upoważnienia samych zainteresowanych zakonników. Pytanie jest zresztą z gatunku tych omawianych na zajęciach z psychologii społecznej pod hasłem "czy przestał pan brać łapówki". Niestety - nie doczekaliśmy się już pytań: "Czy jesteś za podawaniem dużych ilości śliwowicy kierowcom miejskich autobusów rozpoczynającym kurs do Bytomia" albo "Czy policjant może bić swoje prywatne dziecko służbową pałką".

Dopiero powyższe przykłady wyjaśniają nam całkowicie i bez żadnych wątpliwości zjawisko oszukiwania przez ankietowanych. Skołowani jak koty Monty Pythona, stłamszeni napływającymi z Internetu pytaniami o porę roku, bal sylwestrowy oraz wizyty u zakonników jak jeden mąż postanowili zbojkotować ankietujących. Koniec z pytaniami - teraz w przypadku napotkania ankietera pleść będziemy androny i nie przestaniemy póki nam równowaga psychiczna nie wróci. Przy okazji nieprawdą okazała się stara prawda mówiąca, iż nie ma głupich pytań, a jedynie głupie odpowiedzi. I potwierdziła się inna prawda: że dzięki Internetowi jeszcze nigdy tak wielu nie mówiło do tak wielu w tak olbrzymiej skali. A to, że mówienie w formie pytań jest oddzielną (i jak się okazuje) całkiem niełatwą sztuką, to już zupełnie inna sprawa. Społeczny Rzecznik Praw Badanych - w odróżnieniu od wszelkich innych rzeczników - uprzejmie jednakowoż prosi, by nie wybierać go na żadne stanowiska w żadnych wyborach.


Żółta skrzynka

Przycupnęły sobie skromnie - tuż przy płocie, wcisnęły się między parkujące tradycyjnie ciężarówki, kasę stacji benzynowej i bar "Ciepełko" - w miejscu oficjalnie nazywanym stacją benzynową "Orlen" przy Nakielskiej, potocznie zaś (w końcu to małe miasto) - tanksztelą u Szczyry. Póki co przyciągają jedynie przelotne spojrzenia kierowców udających się po fakturę VAT oraz przelotne i osiadłe ptactwo. To jednak pozory: żółte skrzynki opatrzone monitorem i licznymi napisami tak naprawdę zapoczątkowały w Tarnowskich Górach nową erę. Erę paczkomatów.

Paczkomat to z jednej strony kompromis między drogim (wygodnim) kurierem a tanim (niewygodnym) odbiorem u sprzedającego. Z drugiej - ułatwienie polegające na tym, że nie czekamy na dostawę w domu; z trzeciej wreszcie - dowód, że sieciowe usługi mają poważny wpływ na budowę całkiem tradycyjnej, analogowej infrastruktury. Zamiast więc wypatrywać umyślnego z zakupioną przez Internet paczką możemy w czasie dokonywania transakcji zaznaczyć, iż interesuje nas odbiór w paczkomacie. Później - po wpisaniu stosownego kodu na równie stosownej stronie www - możemy precyzyjnie śledzić drogę przesyłki, na koniec zaś - odebrać ją z żółtej skrzynki na stacji zlokalizowanej przy ulicy Nakielskiej (administracyjnie - Równoległej). Można także umówić się na paczkomat alternatywny, zwłaszcza jeśli ktoś pracuje w większym mieście: Bytom ma aż trzy takie punkty. O tym, że nasza paczka znajduje się już w skrzynce dowiadujemy się z sms-a lub z wysłanego przez system listu elektronicznego.

Bateria skrzynek na tarnogórskiej stacji benzynowej obsługuje wiele systemów sieciowej sprzedaży, także ten który charakteryzuje się dyskrecją przesyłania. Może z tą dyskrecją nie jest aż tak dobrze - o tym, że delikwent odbiera dyskretną paczkę dowiadują się bowiem tylko wszyscy tankujący w danym momencie oraz zapis monitoringu stacji, no ale może to szczegół.

Z całą pewnością szczegółem nie jest jednak reakcja podstawowego konkurenta - Poczty Polskiej, która zaniepokojona paczko (matowym) ruchem przeciwnika obudziła się z zimowego snu i sama zaczęła proponować to i owo. Proponuje więc odbiór paczki z zakupionym w Internecie towarem w określonej własnej placówce dodając chytrze, że są placówki czynne - podobnie jak paczkomat - dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Nie dodając, że ogólna tendencja w powiecie tarnogórskim zmierza raczej do zamykania urzędów pocztowych, nie zaś wydłużania ich czasu pracy. Poczta oferuje już także powiadamianie sms-em o tym, że przesyłka czeka na swojego odbiorcę. Przy okazji doszło jednakowoż do całkiem przyjemnego zjawiska - państwowy moloch zaczął konkurować z prywatnym i dynamicznym dostarczycielem nie tylko administracyjnymi sztuczkami związanymi z wagą, ubezpieczeniem czy zaświadczeniami, ale realną i dobrze wykonaną usługą.

Dla sieciowych sprzedawców nastał czas integracji z żółtą paczką. Handlujący militariami sklep internetowy (gustowne berety wojsk lądowych) z dumą obwieścił, że jest pierwszym oferującym wysyłkę taką metodą, ale następcy pojawili się wyjątkowo szybko. I bez wątpienia ruch przy żółtych skrzynkach na Nakielskiej będzie coraz większy, bo szybkość, wygoda oraz cena to parametry liczące się w e-transakcjach ponad wszystko. Podobnie jak elementarna logika sprawiająca, że wcześniejszy wynalazek także związany z komercyjną stroną sieci - bankomaty - przyjął się nadzwyczaj dobrze. Właśnie za sprawą logiki - mimo miliona technologicznych, mentalnych i organizacyjnych problemów - wszystko to, co ma sens będzie działać sprawnie i wydajnie: jak bankomaty czy paczkomaty. I wszystko to, co sensu pozbawione jest już na starcie - jak kioski firmowane logo powiatu tarnogórskiego - skazane jest na wieczną awarię, obrastanie pyłem oraz tak zwany śmiech na sali. Z paczkomatu śmiechu nie będzie - jest potrzebny, wygodny i działa. No i otworzył nam kolejną, sieciową erę - erę żółtej skrzynki.


Król Artur - prawdziwa historia

Za sprawą filmów wyjaśniono już do końca, jak naprawdę było z Czerwonym Kapturkiem, rozwikłano problem siedmiu krasnali. Dziś spróbujemy przedstawić prawdziwą historię króla Artura, który - zdaniem zdecydowanej większości historyków - był jedynie postacią fikcyjną. Pogląd taki ukształtował się z powodu gwałtownego zniknięcia z powierzchni planety zarówno samego króla, jak i jego legendarnych rycerzy. Bohaterowie ci nie pozostawili po sobie żadnych materialnych śladów, zupełnie jak gdyby pochłonął ich jakiś żywioł. A było to tak.

Zdrowie naszego drogiego czarnoksiężnika Merlina - wykrzyknął król Artur wznosząc w górę kielich wina i opierając drugą dłoń o okrągły stół. Stół był właściwie nieco jajowaty - podobnie jak głowa zwalistego rycerza siedzącego tuż obok czarownika. Jajowaty pochylił się ku Merlinowi i wyszeptał: - No, no, nieźle to kolega wykombinował, ale mam nową robótkę... Chcę zabić smoka z Exeter - ta świnia terroryzuje całe hrabstwo. - Wikipedia - org, wikipedia - org - czarnoksiężnik zaczął mamrotać do siebie pod nosem. Po chwili jednak opamiętał się: - Zgoda Lancelocie, o północy powiem ci co masz robić.

Godzinę później, już w swojej pracowni, Merlin powoli rozsuwał słoje z jaszczurczymi śledzionami i marynowanymi uszami nietoperza. Na bok powędrowała tabela transmutacji oraz sporawy zapas siarki w garnku z urwanych uchem. Za alchemicznym stołem powoli ukazywało się jego oczom tajemne przejście. Tajemne przejście prowadziło - ma się rozumieć - do tajemnej komnaty, w której na honorowym miejscu leżało ciemne, płaskie pudełko z napisem "Lenovo". - Może i chińskie - mruknął mag - ale działa. Laptop mruczał jak czarny kot gdy Merlin wprowadzał hasło do sieciowej encyklopedii. - "Smok z Exeter jest praktycznie niezniszczalny, jego jedynym słabym punktem jest zakończenie ogona, które powinno się odrąbać w celu pozbawienia smoka żywotności" - czarownik uśmiechnął się do siebie - już wiedział co powie Lancelotowi.

Jakiś czas później król wezwał swojego maga i zażądał recepty na pokonanie golema z Bristolu. - Aaa, znów ta twoja magia - stwierdził król, gdy usłyszał mamrotanie maga: - Meteo - com, meteo - com. Niebawem okazało się, że z golemem wcale nie trzeba walczyć ponieważ gwałtowne ulewy zamieniły łąkę pod Bristolem w prawdziwe, głębokie bagno. Zwabiony przez rycerzy stwór wpadł jak śliwka w kompot i tyle go widziano. Sprawa nie wymagała żadnej walki ani żadnego większego starania, wystarczyło patrzeć jak bydle tonie nie czyniąc nikomu żadnej krzywdy. Przy jajowatym stole długo świętowano zwycięstwo oraz fetowano magię Merlina. Nawet jeśli rycerze zastanawiali się w jaki sposób czarownik przewidział wielki deszcz - nie dali po sobie tego poznać. Przy pieśni i winie czas płynął wesoło.

Następnym zadaniem miała być hydra z Kanału - stwór uciążliwy ponad wszelką miarę i dający się we znaki biednym angielskim rybakom. Gdy czarnoksiężnik przyjmował zlecenie na nowy czar, szeptał do siebie: - Atlantic - edu, atlantic - edu. W tajemnym pomieszczeniu czekała go jednak przykra niespodzianka. Ikona przestawiająca dwa mrugające monitory, zamiast ziemskim globem opatrzona była wyraźnym, czerwonym krzyżykiem. - Cholerny brak sieci - wyszeptał przerażony Merlin - Trudno - zagramy na chybił - trafił - może trafimy. Dostępna w Internecie tabela atlantyckich przypływów nie była jednak czymś, z czym można sobie grać na chybił - trafił. - Jesteś pewny magu, że woda nas nie zaskoczy? - spytał później król stojąc w ciężkiej zbroi po kolana w falach La Manche. - Ten, tego - jestem, oczywiście - odparł Merlin. Sam do siebie szeptał jednak w kółko - Lottery - com, lottery - com. I dlatego właśnie po rycerzach króla Artura, nim samym oraz czarnoksiężniku nie pozostał żaden ślad.


Deja vu

- Nazywam się Deja vu - przestawił się bohater filmu. - Bardzo mi miło - odparł jego rozmówca dodając szybko - czy myśmy się już gdzieś nie widzieli? Żart niby prosty i odwołujący się do najprostszych skojarzeń, jednakowoż osobnika o wspomnianym pseudonimie nader łatwo spotkać w Internecie. Wygląda (co prawda) za każdym razem inaczej, ale zawsze zostawia po sobie to samo mgliste wrażenie.

Niemieccy studenci z miejscowości Kassel reprezentujący specjalności planowania przestrzennego oraz architektury krajobrazu zainteresowali się naszym rodzimym produktem zwanym Metropolią Silesia. Przyjechali więc, zapoznali się z czym trzeba i napisali zestaw stosownych opracowań. Jako dodatkowe pokłosie projektu powstała ponadto gra planszowa o nazwie - ma się rozumieć - "Metropolia Silesia". Planszówka wzbudziła zachwyt szefa górnośląskiej Platformy Obywatelskiej oraz Związku Metropolitalnego, który rozważa możliwość zakupienia licencji na produkcję owej gry. Gra uczy bowiem inwestowania, strategicznego myślenia i pokazuje jak ważne jest planowanie. Bardziej dociekliwi po przeczytaniu litanii zachwytów zaczęli uważnie przyglądać się samej planszy i dostrzegli w niej znajome elementy. Prostokąt ma bowiem charakterystyczne obramowanie z kratek do stawiania pionka (niektóre ze znakiem zapytania) oraz - w rogu - coś w rodzaju więzienia z kratami. W środku znajduje się mapka oraz miejsce na układanie kart losowych. Słowem - wypisz - wymaluj "Monopoly" zwany w naszej rodzimej wersji "Eurobusinessem". Może faktycznie pan Tomczykiewicz podobieństw nie zauważył, samym studentom trudno się jednakowoż dziwić - to końcu to właśnie z Kassel wywodzą się najsławniejsi europejscy bajkopisarze nazywani braćmi Grimm.

Inne deja vu spotkało widzów stacji TV4. Oglądając onegdaj program dla niedzielnych kinomaniaków zapoznali się z dziwacznymi znakami łamania (slash) na początku każdej linijki tekstów tłumaczenia. Bywali w świecie Internetu natychmiast skojarzyli znaczki z serwisem "Napisy24", który to serwis w atmosferze skandalu prawnego próbuje - społecznościowymi siłami - tłumaczyć zagraniczne dokonania kinematografii na język Mickiewicza. Według prawników jest to zresztą procederem całkowicie nielegalnym. Okazało się ponad wszelką wątpliwość, że pracujący na potrzeby telewizji tłumacz poszedł na skróty: nie tylko skopiował cudzą pracę i przedstawił ją jako własną, ale także nie zadał sobie trudu by pozbyć się kompromitujących, pochodzących z sieci znaków. Oczywiście - można zapytać czy okradzenie złodzieja jest przestępstwem, ale od pytań tego typu uczucie deja vu wcale nie mija.

Bywają i deja vu wybitnie skomplikowane - takie jak przepis z serwisu spryciarskiego pod nazwą "jak wyłączyć komuś neta". Przepis na wyłączenie komuś neta przypomina nieco zabiegi kota budującego pułapkę na mysz w kreskówce Disneya: pokrętne toto, skomplikowane i udziwnione. Autor porady proponuje, by ściągnąć sobie specjalny program, który na dobre zablokuje dostęp do Internetu (co ma stanowić świetny żart). Gdzieś po drodze umknął mu prosty fakt, iż wyłączenie neta znacznie łatwiej uzyskać wyciągając wtyczkę z portu, dewastując router lub po prostu łamiąc na kilka części płytę główną komputera co (na dobrą sprawę) jest tak samo skuteczne, tak samo zabawne, za to o wiele szybsze. Prawdziwy problem polega bowiem na tym, iż występuje znacznie większe zapotrzebowanie na poradę "jak zrobić, żeby net cały czas był", bo co jak co - wyłączyć to on potrafi się sam: z całkiem niezłym skutkiem.

Przykłady deja vu można mnożyć i dotyczą one nie tylko Internetu: czy chodzić będzie o program wyborczy któregoś kandydata do fotela prezydenckiego, czy o kolejne przemówienie starosty - wciąż wraca to dziwne uczucie, że kiedyś to już słyszeliśmy. Nie należy więc dziwić się autorowi niniejszego felietonu, który kończąc tekst zachodzi w głowę - czy ja już kiedyś nie napisałem czegoś podobnego?


Dwa koty bacy

Niektóre dowcipy są uparte - podobnie jak niektóre melodie. Wpadają do głowy, nie chcą z niej wyskoczyć, przypominają się w najdziwniejszych momentach oraz (generalnie) sprawiają kłopoty. Najgorszy jest dowcip o bacy, który prowadził psa, by sprzedać zwierzaka na jarmarku. Zapytany przez napotkanego po drodze juhasa ile sobie życzy na szczekacza, odparł krótko - milion. Kiedy panowie spotkali się w drodze powrotnej baca został złośliwie zapytany, czy transakcja doszła do skutku przy tak astronomicznej cenie. -A dyć - odparł góral - dostołech za niego dwa koty po pół miliona każdy.

Najpierw temperatura się podniosła, później zawrzało, jeszcze później - eksplodowało. Niejaki Grześ z Opola wystawił na sprzedaż domenę. Grześ zawodowo handluje domenami, nie byłoby więc w tym nic dziwnego, gdyby nie szalona taktyka marketingowa. Domena była bowiem nie byle jaka: zawierała wyrażenie jaroslawkaczynski oraz polską końcówkę narodową. Mało tego - na witrynie sprzedający retorycznie pytał jak też właściciel wspomnianego imienia i nazwiska zadba w przyszłości o Polskę, skoro nie potrafi zadbać o własny wizerunek. Podtekst owego hasła najprawdopodobniej odwoływał się do używanej przez Jarosława Kaczyńskiego domeny z ni to amerykańską, ni to kosmopolityczną końcówką "com". Fakt - do hasła "najważniejsza jest Polska" złośliwiec mógłby sobie dodać - "i końcówka com", zaś kto jak kto, ale narodowo zorientowany polityk powinien na takie sprawy zwracać uwagę.

Nie zmienia to jednak faktu, że Grześ poszedł w swoich tekstach ostro: jako mail kontaktowy podawał swój adres ze słówkiem "premier", cała sprawa miała bez wątpienia wydźwięk lekko skandalizujący. Nic dziwnego że podchwyciły ją i portale, i prasa papierowa, i media elektroniczne robiąc darmową reklamę sprzedawcy adresów. Pewnej nocy tajemniczy osobnik nabył od Grzesia domenę płacąc (uwaga) 100 tysięcy polskich (pl) złotych, o czym wspomniane media także natychmiast doniosły podkreślając jakim to też świetnym interesem jest handel domenami. Mało kto zwrócił uwagę na drobny fakt, iż wspomniana transakcja pachnie wybitnym dziwactwem. Domena ani nie jest szczególnie wygodna (ze względu na swoją długość), bardzo łatwo zastąpić ją domenami dostępnymi dla każdego a zawierającymi zarówno imię, jak i nazwisko o którym mowa. Przy cenie około 100 złotych. Nie sposób podejrzewać, iż adres nabył Jarosław Kaczyński lub jego sztab - w dobie dramatycznych powodzi i nie mniej dramatycznej kampanii wyrzucanie potężnej kwoty w wirtualne błoto graniczy z samobójstwem. Zwłaszcza, że jeśli ów kandydat wybory przegra - domeny potrzebował nie będzie, zaś jeśli wygra - z urzędu dostanie lepszą: prezydent.pl.

Nie sposób także uwierzyć w komercyjną siłę grzesiowej domeny - owszem: zdarzały się całkiem spore kontrakty, takie jak ubiegłoroczny rekordzista wart 150 tysięcy - domena kino.pl czy tegoroczny (póki co) lider - opony.pl o wartości 960 tysięcy złotych. Najlepszą ilustrację rynku stanowi jednak przykład z ostatnich dni: transakcja opiewająca na ponad 14 tysięcy pod flagą domeny ekstaza.pl. Aby na adresie zarobić, trzeba bowiem zamienić jej brzmienie na jakąś finansową ekstazę - a jak wywołać ją przy pomocy wyrażenia jaroslawkaczynski na razie wie tylko tajemniczy nabywca. Pod wspomnianym adresem oponiarskim znajduje się sklep, który zarabia. Serwis filmowy ma silną podporę w postaci reklamy, co czeka adres z wyrażeniem "ekstaza" - wszyscy możemy się domyślić.

Jak zwykle społeczność internetowa podzieliła się na kilka grup: jedni zaczęli kupować domeny, inni zastanawiać się nad tożsamością tajemniczego ktosia, jeszcze inni - sprawdzać co dzieje się pod wspomnianym adresem. Tymczasem arcyciekawy rynek polskich domen internetowych wzbogacił się o jeszcze jeden casus choć ciągle według jednego i tego samego modus operandi. Jak mówią Rosjanie (z końcówką domenową ru), pożyjemy - zobaczymy co też stanie się z tak widowiskowo nabytym adresem, kolejnymi transakcjami oraz samym kandydatem. Tylko dlaczego ciągle przypomina się ten okropny dowcip o bacy, psie i dwóch kotach.


Internet rozjechał

Końcówka lat siedemdziesiątych obfitowała w filmy oparte na romantycznym etosie kierowcy ciężarówki. Przez stany pędziły więc przeróżne konwoje osłaniane przez mistrza kierownicy, który następnie uciekał. Szofer wielkiego wozu był bodaj ostatnim wolnym zawodem na naszym globie: jechał gdzie chciał, za nic miał policję, w razie czego zawsze pomogli kumple względnie łyżka do opon trzymana w kabinie. Gdy dziś przytrafi nam się film o kierowcy amerykańskiej ciężarówki możemy już tylko westchnąć. Nie tylko ze względu na prezentowane spodnie czy koszule, które wyszły z mody; przede wszystkim dlatego, że za sprawą Internetu nastąpił koniec wolności szofera a skrót TIR rozszyfrować możemy jako "tych Internet rozjechał".

Kilka lat temu amerykańskie służby graniczne wpadły na iście diaboliczny pomysł: wzdłuż dziurawej i często lekceważonej linii granicznej z Meksykiem ustawiono całą baterię kamer internetowych. Stróże prawa mogli wreszcie odpocząć, bo ich zadania przejęła społeczność czyli (mówiąc po ludzku) każdy kto chciał. Pewna pani chciała i głębokim rankiem obserwowała sobie z własnego domu nadgraniczny obraz pokazujący podejrzanie wyglądającą ciężarówkę. Pojazd podpadł jej od razu, bo dawał dziwne sygnały światłami i poruszał się wyjątkowo ostrożnie. Obserwatorka dała znać gdzie trzeba i służba graniczna przechwyciła prawie pół tony marihuany, która miała trafić na amerykański rynek. Wydawało się, iż wszelkiej maści obrońcy prawa będą mieli do dyspozycji potężne narzędzie - prawdziwą masę ludzkiej energii, wielookiego smoka, który nigdy nie zasypia, a skuteczny jest ponad wszelką miarę. Racjonalizacja miała dodatkowy walor finansowy, bo przecież kamerki drogie nie są, zaś społeczny inspektor to kolejny dowód na to, że skoro nie ma różnicy, to po co przepłacać zawodowcom.

Choć opisywany (a wymyślony przez władze stanu Teksas) eksperyment przeprowadzono już cztery lata temu, przeszedł praktycznie bez echa. Może dlatego, że transportowcy już wcześniej monitorowani byli w zupełnie inny sposób: poprzez połączenie systemu GPS oraz internetowych map dostarczanych przez Google i nie tylko. Zamiast pędzić przez bezkresne przestrzenie stanu Oregon (względnie ziemi kieleckiej) cały czas podglądani są przez wielkiego, satelitarnego brata. Dokładnie wiadomo gdzie są, z jaką poruszają się prędkością i w jakiej jadłodajni spożyli posiłek. Nawet największy mistrz największej kierownicy w takich warunkach nigdzie nie ucieknie, bo sprytny pracodawca montuje urządzonka tak, by nie dało się ich wyłączyć.

Tendencje rozwojowe są jeszcze ciekawsze. Onegdaj zaproponowano nawet, by cały ruch samochodowy odbywał się na zasadzie portalu społecznościowego. Tak więc jak w społeczności sieciowej - zgodnie z przedstawioną koncepcją - każdy kierowca może zapracować sobie na popularność. Ustąpi pierwszeństwa - dostanie wirtualny uśmiech, pomoże wymienić koło - otrzyma wirtualne serduszko. Prawo to miałoby oczywiście działać i w drugą stronę: za ochlapanie pieszego wodą z kałuży moglibyśmy dostać przydzielane przez innych użytkowników drogi punkty karne. Z czasem dokładnie wiedzielibyśmy kto na drodze jest popularnym i lubianym dżentelmenem, kto zaś chamem bez poważania. Gdyby pomysł podchwyciły ubezpieczalnie - najlepsi otrzymaliby stosowne zniżki przy płaceniu za polisę, najgorszych czekałaby podwyżka rachunku.

Mamy jeszcze jedno "gdyby", bo gdyby dziś przez filmową autostradę pędził bohater "Konwoju" o kaczym pseudonimie, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Pierwszy z brzegu policjant (po sprawdzeniu numeru w sieciowej bazie danych) wiedziałby kto jest za kierownicą i czego może się po nim spodziewać. Zamawiający kurs nawet przez sekundę nie spuściłby z oka swojej ciężarówki - satelita przekazałby każdy jej manewr w ciągu kilku sekund. A gdyby miało dojść do jakiegoś przestępstwa, starsza pani siedząca przed laptopem na werandzie swojego domku uruchomiłaby machinę prawa. Cóż - jakie czasy, taki romantyzm.


Zbigniew Markowski


zawartość niniejszej strony dostępna jest także przez połączenie z telefonu komórkowego - możesz czytać felietony z dowolnego miejsca - szczegóły


PORTAL POWIATU TARNOGÓRSKIEGO
www.tg.net.pl -
www.tarnowskiegory.net.pl
e-mail | redakcja Portalu Powiatu Tarnogórskiego
www.gornyslask.net.pl
Tarnowskie Góry 2010