Sens życia
Po
tysiącleciach ciężkiej pracy pokoleń filozofów,
po wydrukowaniu tysięcy dzieł na wymieniony
temat, po nakręceniu przez Monty Pythona
stosownego filmu, dziś wreszcie możemy
odpowiedzieć na fundamentalne pytanie o sens życia.
Nie - nie dlatego, że udało się odkryć
wartość najwyższą. Dlatego, że nasze życie
zmieniło się od czasów Arystotelesa, zmienił
się więc także jego sens. Sensem życia jest
bowiem logowanie.
Bezpośrednio przed tym, zanim człowiek
przyjdzie na świat, jego matka loguje się w
systemie oczekiwania na dziecko. System jest
prosty i przejrzysty - co dzień powie ile dni
(oczywiście tak plus - minus) pozostało do
rozwiązania, co obecnie trzeba jeść, kiedy
potencjalna rodzicielka powinna iść na badania.
Przy okazji można wymienić doświadczenia i
pogadać z innymi ciężarnymi - w końcu od
tego mamy serwis społecznościowy. Gdy malec rośnie
powinniśmy pokazać zamieszkałej dalej rodzinie
(a może i nieznajomym) ciągłe postępy:
raczkowanie, ząbkowanie, pierwsze kroki -
ortodoksi pokazują nawet pampersy w stanie
daleko odbiegającym od tego, w jakim zostały
wyjęte z folii. Wszystko to oczywiście wymaga
logowania, w innym już serwisie. Później
(jeszcze) maluch loguje się na swojej (naszej)
klasie, bo przecież tam spotyka się po lekcjach
z koleżankami i kolegami. Z serwisem tym może
zaprzyjaźnić się na dłużej, bo jak
powszechnie wiadomo szkolne przyjaźnie potrafią
przetrwać całe dziesięciolecia - zwłaszcza
wsparte technologiami teleinformatycznymi, gdy można
pokazać dawnym znajomym chałupę, auto i psa.
Gdzieś po drodze należy zalogować się w
serwisie dla młodych ambitnych. Poznajemy wówczas
podobnych sobie, którzy także szukają lepszej
pracy oraz niepodobnych sobie, którzy zarabiają
na życie rozmawiając z podobnymi nam. Kwitnie
tam ponadto giełda oceny pracodawców i kilkoma
kliknięciami możemy sobie sprawdzić wartość
każdej oferty. Później internetowe drogi różnych
profesji rozchodzą się na różne strony, pewne
zaś jest tylko jedno - należy logować się w
konkretnej i właściwej branży. Jeżeli ktoś
jest artystą - trafia do serwisu artystów,
dziennikarz - do serwisu żurnalistycznego, inżynier
- do inżynierskiego.
Można mieć oczywiście jakieś zajęcia
uboczne, na przykład handel kartami pamięci do
aparatów fotograficznych albo robienie korali
techniką decoupage. W tym celu należy zaopatrzyć
się we względnie tani towar (półprodukty) i
spróbować względnie drogo sprzedać je w
serwisie aukcyjnym. Czynności te wymagają rzecz
jasna logowania. Gdy współczesny człowiek
bierze ślub podaje weselnikom login i hasło,
dzięki czemu trafią na stronę, gdzie mogą
wybrać odpowiedni (a zatwierdzony przez młodą
parę) prezent. Pozwala to na uniknięcie
nieprzyjemnej sytuacji, gdy nowożeńcy dostają
siedem żelazek do prasowania oraz pięć
kuchenek mikrofalowych. Później od czasu do
czasu zmieniamy mieszkanie, wynajmujemy kawalerkę
lub nabywamy dom, czego dokonać można na
witrynie ogłoszeniowej (po zalogowaniu). Życie
mija nam spokojnie - od logowania do logowania
- aż szczęśliwie przechodzimy na emeryturę.
Możemy wówczas oddać się bez reszty czynności
wspominania najważniejszych emocji przeżytych
lat. Pomoże nam w tym bez wątpienia serwis
wymiany plików gdzie bez żadnej litości ściągniemy
całe megabajty Jerzego Połomskiego czy Mieczysława
Fogga. I dopiero gdy nadchodzi ta ostatnia
niedziela i człowiek wylogowuje się z życia na
dobre - możemy wreszcie zostawić w spokoju te
nieszczęsne okienka z miejscem na login i hasło.
Nic nas już wtedy nie obchodzi, że pogrążona
w żalu rodzina loguje się w serwisie żałobnym
i zapala ku naszej pamięci wirtualny znicz. Nic
nas nie obchodzi, iż wnuczęta w ramach zajęć
z informatyki przygotowują przepiękne drzewko
genealogiczne z naszym zeskanowanym portretem.
Obchodzi nas jedynie spotkanie ze świętym
Piotrem, który (co za ulga) ma w ręku jedynie
tradycyjny klucz, i spowity w obłok niebiańskiego
pyłu zbliża się do nas uśmiechając się łagodnie.
Ale już gdy podchodzi bliżej, jego twarz
przybiera wyraz nieco bardziej surowy. - Niech będzie
pochwalony - mówi na powitanie, - poproszę
login i hasło.
Synteza
Języki
którymi posługuje się ludzkość dzielą się
na mniej syntetyczne oraz bardziej syntetyczne.
Widać to wyraźnie na międzynarodowych
konferencjach kiedy to zagraniczny gość
opowiada coś przez kilkanaście minut, a
tłumacz potrafi cały ten wywód skwitować
jednym, krótkim zdaniem. Słuchacze dzielą się
wówczas na dwie grupy - pierwsza zachwyca się
jakąż to mamy syntetyczną mowę ojczystą, w
której obfita zagraniczna treść może zostać
przetłumaczona kilkoma celnymi słowami.
Niestety - jest też druga część widowni
uważająca najzwyczajniej w świecie, że
tłumaczowi się nie chciało.
Syntetyczny charakter języka polskiego bardzo
dobitnie widać na internetowej stronie
tarnogórskiego Urzędu Miejskiego. Bogatą
(bądź co bądź) gałąź lokalnej wiedzy
udało się tam streścić w trzech akapitach -
dwa zawierają po dwa zdania, jeden - aż cztery.
Oprócz oczywistych parametrów geograficznych
Niemiec dowiaduje się z witryny, iż w
Tarnowskich Górach jest coś, co nazywa się
wasserpark należący do tak zwanych
erholungsattraktionen (dwa zdania). Jest także w
mieście gwarków coś nazywające się natur, a
zilustrowane zostało prześwietlonym zdjęciem
jakiegoś ścieku. Tłumacz miał szczery zamiar
opisać w języku Goethego także coś
nazywające się Schmalspurige Kleinbahn, jednak
w dziale tym umieścił jedynie dwa słowa:
słowo "Schmalspurige" oraz słowo
"Kleinbahn". Podobny los spotkał
dział "Silbergrube" w którym jest
tylko jedno słowo - "Silbergrube". W
dziale "z ostatniej chwili" - tytuł
napisany po polsku, dla niepoznaki opatrzony
sygnaturą "de" przeczytać możemy
tajemniczą wiadomość o treści
"test". Jest też dział dla Niemców,
którzy widzą słabo, jednakowoż jeżeli
któryś z nich słabo widzi - obowiązkowo musi
znać język polski, bo tylko w tym języku
zatytułowano stosowną rubrykę.
Jeszcze bardziej syntetyczny jest język
angielski. Zawiera tylko jedną część - jej
tytuł brzmi "city". W części
"city" mamy tylko jedno słowo -
"brak". I na tym koniec. Złośliwiec
powiedziałby, że Tarnowskie Góry mają tak
małe śródmieście, iż można je uznać za
nieistniejące (brak). Dogłębna analiza
prowadzi nas jednak w wyjaśnienie znacznie
bardziej skomplikowane. Jeśli bowiem spojrzymy
na witrynę oczami Anglika czy Amerykanina,
dociera do nas, iż odbierał on będzie wszelkie
treści we własnej mowie. A w mowie tej
"brack" oznacza rybią łuskę. Autor
chciał więc zapewne w skrótowej (syntetycznej)
postaci poinformować cały anglosaski świat,
iż brak (brack) to kulturowy fundament miasta.
To łuska czarnego pstrąga wypływającego
uroczyście z czarnej sztolni świadczy o
wielowiekowej tradycji i cywilizacyjnym
odniesieniu. Także w wersji angielskiej mamy
dział z gorącymi wiadomościami. Od miesięcy
najgorętszą informacją jest informacja, że
"last moment". Cała reszta wersji
angielskiej jest już po polsku, nie licząc
oczywiście dumnego napisu tytułowego
"english version". Jakiś english
mógłby mieć nieco odmienne zdanie na temat
tego version i dojść do przekonania, że ktoś
zrobił to wszystko na last moment.
Umiejętność posługiwania się obcymi
językami w sposób syntetyczny świadczy o
wysokich kompetencjach miejskich urzędników w
zakresie promocji. Nie posługują się oni (jak
w innych, prymitywnych miastach) prostymi i
czytelnymi tłumaczeniami, lecz proponują
odwiedzającemu stronę swoistą grę wyobraźni,
domyślności i fantazji. Otwierają przed
gościem szeroki świat, w którym dopisać on
może sobie co tylko chce. Jest też oczywiste,
że zabieg taki wspaniale rozsławia Tarnowskie
Góry w świecie. Cóż to musi być za
wspaniałe miasto, że zamiast powiedzieć o co
chodzi - potrafi posługiwać się tajemniczymi
skrótami myślowymi, przemieszaniem pojęć.
Umie podnieść przed obcymi poprzeczkę na
naprawdę wysoki pułap. Taki nie do
przeskoczenia. Aż się chce zapytać ile też
podatnika kosztowało wyrafinowane dzieło
lingwistyczne.
Jak zwykle w przypadkach syntetycznego
tłumaczenia publiczność w połowie podzieli
zapewne powyższy pogląd. Tak się jednak
głupio składa, że zawsze pozostaje ta druga
połowa. Połowa, która uważa, że komuś się
nie chciało.
Studencki dub
Skomplikowana
pozornie odpowiedź na pytanie - co robi student
- nikomu znającemu choć trochę realia
akademickiego życia nie powinna nastręczać
problemów. Wiadomo - student to skrzyżowanie
promocyjnie sprzedawanego miksera i najnowszego
telefonu: robi wszystko. Studiujący w Katowicach
mają więc (na ten przykład) całkiem
przyzwoitą drużynę futbolu amerykańskiego,
zaś większość koncertów organizowanych w w
regionie nie odbyłaby się, gdyby nie
impresariat z żakowskim rodowodem. Studenci
zdobywają szczyty Himalajów albo żeglują po
Pacyfiku. Ale od kilkunastu miesięcy studenci
robią jeszcze jedną rzecz, a mowa o lipdubach.
Lipdub to film trudny do zdefiniowania, wiadomo
jednak, że jego główne cele to dobra zabawa i
promocja własnej szkoły. Obowiązkowe jest też
wykorzystanie jednolitego podkładu muzycznego,
który najczęściej odśpiewywany jest przez
kolejno pokazywanych aktorów. Najambitniejsi
twórcy gatunku stawiają sobie za cel, by cały
teledysk przedstawiony został na jednym jedynym
ujęciu - wymaga to nieprawdopodobnie
precyzyjnego planowania i katorżniczej roboty
reżyserskiej. Kamera błąka się więc po
uczelnianych korytarzach, bywa że zajrzy do
laboratorium, wizytuje aulę - wszędzie zaś
towarzyszą jej śpiewające osoby poprzebierane
zgodnie z konwencją lub choćby fantazją. W
związku z tym sporo pracy ma więc także każdy
z uczestników przedstawienia: w końcu jest
swoim własnym scenografem, choreografem,
reżyserem i producentem.
Szaleństwo lipdubowe rozpoczęło się (o dziwo)
w Niemczech i szybko opanowało cały świat,
zaś przegląd YouTube nie zostawia żadnych
wątpliwości - to najdynamiczniej rozwijająca
się gałąź filmu przebijająca swoim rozmachem
nawet obrazy 3D. Aby wyrobić sobie jako takie
pojęcie o lipdubach trzeba spędzić w sieci
kilka godzin, warto jednak czas ten odżałować,
zwłaszcza że jako nacja nie mamy się czego
wstydzić. Polskie produkcje (choć może to
subiektywna opinia) mają największy rozmach,
najoryginalniejszą poetykę, widać w nich
ogromną staranność oraz poświęcenie dla
filmowej idei. Na prywatnej liście przebojów
niżej podpisanego od samego początku rządzi
produkcja Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego,
który z jednego arcydzieła (piosenki zespołu
Queen) zrobił małe, równie piękne
arcydziełko. Warto obejrzeć film Uniwersytetu
Jagiellońskiego - obraz ma wręcz hipnotyczny
rytm i niezliczoną liczbę ciekawych kostiumów,
autorom udało się uzyskać między innymi damę
z gronostajem oraz doskonałego mima w windzie. W
lipdubowym świecie królują też studenci
Akademii Ekonomicznych zadając kłam
tradycyjnemu traktowaniu ich jako grupy
zatwardziałych sztywniaków.
Nic więc dziwnego, że zjawisko wypełzło ze
swojej akademicko - sieciowej nory i dał mu się
porwać profesor Jan Miodek własnym autorytetem
wspierający filmowe wyczyny studentów z
Wrocławia. Nic dziwnego, że w produkcję
włączyły się młode i ambitne grupy
profesjonalnych filmowców proponujące swoje
wsparcie dla lipduba zaprzyjaźnionej uczelni.
Nic dziwnego, że poczęty w wyższej szkole
pomysł zaczyna schodzić niżej: do liceów,
gimnazjów a nawet podstawówek. I nic dziwnego,
że widzów filmiki takie mają coraz więcej.
Nic dziwnego, że dochodzi do ostrej rywalizacji
na lipduby, zaś brak takowego w repertuarze
uczelni traktowane jest jak wstyd większy od
braku rektora.
Choć potencjał kreatywności w świecie żaków
zawsze było olbrzymi, eksplozja teledysków
dowodzi, iż brakowało jednak dwóch istotnych
narzędzi. Po pierwsze - tanich kamer
powszechnego użytku, które musiały najpierw
trafić pod strzechy. Po drugie zaś - potrzeba
było publikatora, medium o światowym zasięgu w
postaci Internetu, który film jednego widza
zamienia w bestseller wielu kontynentów. W
odpowiednim miejscu i stosownym czasie właściwe
elementy trafiły jednak na swoje miejsca.
Możemy więc ogłosić, że zaraz po wakacjach
eksploduje kolejna fala studenckich i nie tylko
studenckich eksperymentów filmowych. Bo student
robi wszystko - ze szczególnym wskazaniem na
lipduba.
Kto pyta
W
wojnie między ankietującymi a ankietowanymi,
która za sprawą wyborów rozgorzała nam na
dobre wciąż atakuje pierwsza z wymienionych
stron. Respondenci są - jej zdaniem - mało
kumaci, pokrętni, mówią że zagłosują tak,
potem zaś (przy urnie) zmieniają zdanie. To
przez nich nie udają się symulacje i
stymulacje, wykresy oraz zakresy. Ponieważ
ankietowanym także należy się jakaś obrona,
niżej podpisany niniejszym wystąpi w
charakterze Społecznego Rzecznika Praw Badanych
w Różnych Takich Badaniach Opinii Publicznej. W
końcu każdy może sobie takim rzecznikiem
zostać a potem publikować sprawozdania.
Aby dojść do wniosków potrzebujemy
przykładów - oto przykład pierwszy. Z grubej
rury opinię publiczną postanowił przebadać
tarnogórski Urząd Miejski. Zadał więc
pytanie, nad którym nie sposób przejść do
porządku dziennego - swoją działalność
sondażową rozpoczął bowiem od kwestii jaką
też porę roku mieszkańcy Tarnowskich Gór
lubią najbardziej. Wiadomo - w pracy miejskiego
urzędnika niewiele jest problemów tak palących
jak wiedza na temat ulubionej pory roku petenta.
Jeszcze pół roku temu, gdy człowiek wchodził
do ratusza ze stosownym podaniem, pracownicy
magistratu wiedzieli o nim tyle co nic: dziś
urzędnik zmierzy nas wzrokiem i wie, że w 55%
lubimy lato, w 24% wiosnę, zaś w 11% zimę. Od
razu lepiej się pracuje. Teraz ludność czeka
na kolejne ważkie pytania: o popularność gry w
kuku, przyswajalność lodów truskawkowych nocą
oraz stosunek do żyjątka nazywanego drosofilia
melanogaster.
Inna strona - także tarnogórska - jeszcze
jesienią 2009 (ulubiona pora roku 10%
mieszkańców Tarnowskich Gór) spytała swoich
czytelników gdzie wybierają się na sylwestrowe
szaleństwo. Po jakimś czasie okazało się, iż
51,79% respondentów nie udaje się nigdzie
(opcja "zostaję w domu), zaś jedynie jeden
gość (stanowiący 1,79% badanej populacji)
pojedzie za granicę. Uzyskane wyniki są tak
doniosłe, że wspomniana strona publikuje je na
honorowym miejscu do dziś. Za chwilę zresztą
nie będzie się opłacało sondy likwidować,
wystarczy trochę poczekać i noc sylwestrowa za
pasem. W końcu zegar, który się zatrzymał
też dwa razy na dobę pokazuje prawidłowy czas.
Jeszcze inna strona wprawiła onegdaj w
osłupienie całą widownię pytając wprost i
bez żadnej litości: "Czy jesteś za
regularnymi wizytami prostytutek w
klasztorach". Na pierwszy rzut oka wydawać
się mogło, że autorem jest jakiś zakonnik,
który ma poważny problem. Ponieważ jednak
miasto jest małe, szybko udało się ustalić,
iż osoba jest jak najbardziej świecka i działa
z pobudek filantropijnych, choć bez
upoważnienia samych zainteresowanych
zakonników. Pytanie jest zresztą z gatunku tych
omawianych na zajęciach z psychologii
społecznej pod hasłem "czy przestał pan
brać łapówki". Niestety - nie
doczekaliśmy się już pytań: "Czy jesteś
za podawaniem dużych ilości śliwowicy
kierowcom miejskich autobusów rozpoczynającym
kurs do Bytomia" albo "Czy policjant
może bić swoje prywatne dziecko służbową
pałką".
Dopiero powyższe przykłady wyjaśniają nam
całkowicie i bez żadnych wątpliwości zjawisko
oszukiwania przez ankietowanych. Skołowani jak
koty Monty Pythona, stłamszeni napływającymi z
Internetu pytaniami o porę roku, bal sylwestrowy
oraz wizyty u zakonników jak jeden mąż
postanowili zbojkotować ankietujących. Koniec z
pytaniami - teraz w przypadku napotkania
ankietera pleść będziemy androny i nie
przestaniemy póki nam równowaga psychiczna nie
wróci. Przy okazji nieprawdą okazała się
stara prawda mówiąca, iż nie ma głupich
pytań, a jedynie głupie odpowiedzi. I
potwierdziła się inna prawda: że dzięki
Internetowi jeszcze nigdy tak wielu nie mówiło
do tak wielu w tak olbrzymiej skali. A to, że
mówienie w formie pytań jest oddzielną (i jak
się okazuje) całkiem niełatwą sztuką, to
już zupełnie inna sprawa. Społeczny Rzecznik
Praw Badanych - w odróżnieniu od wszelkich
innych rzeczników - uprzejmie jednakowoż prosi,
by nie wybierać go na żadne stanowiska w
żadnych wyborach.
Żółta skrzynka
Przycupnęły
sobie skromnie - tuż przy płocie, wcisnęły
się między parkujące tradycyjnie
ciężarówki, kasę stacji benzynowej i bar
"Ciepełko" - w miejscu oficjalnie
nazywanym stacją benzynową "Orlen"
przy Nakielskiej, potocznie zaś (w końcu to
małe miasto) - tanksztelą u Szczyry. Póki co
przyciągają jedynie przelotne spojrzenia
kierowców udających się po fakturę VAT oraz
przelotne i osiadłe ptactwo. To jednak pozory:
żółte skrzynki opatrzone monitorem i licznymi
napisami tak naprawdę zapoczątkowały w
Tarnowskich Górach nową erę. Erę
paczkomatów.
Paczkomat to z jednej strony kompromis między
drogim (wygodnim) kurierem a tanim (niewygodnym)
odbiorem u sprzedającego. Z drugiej -
ułatwienie polegające na tym, że nie czekamy
na dostawę w domu; z trzeciej wreszcie - dowód,
że sieciowe usługi mają poważny wpływ na
budowę całkiem tradycyjnej, analogowej
infrastruktury. Zamiast więc wypatrywać
umyślnego z zakupioną przez Internet paczką
możemy w czasie dokonywania transakcji
zaznaczyć, iż interesuje nas odbiór w
paczkomacie. Później - po wpisaniu stosownego
kodu na równie stosownej stronie www - możemy
precyzyjnie śledzić drogę przesyłki, na
koniec zaś - odebrać ją z żółtej skrzynki
na stacji zlokalizowanej przy ulicy Nakielskiej
(administracyjnie - Równoległej). Można także
umówić się na paczkomat alternatywny,
zwłaszcza jeśli ktoś pracuje w większym
mieście: Bytom ma aż trzy takie punkty. O tym,
że nasza paczka znajduje się już w skrzynce
dowiadujemy się z sms-a lub z wysłanego przez
system listu elektronicznego.
Bateria skrzynek na tarnogórskiej stacji
benzynowej obsługuje wiele systemów sieciowej
sprzedaży, także ten który charakteryzuje się
dyskrecją przesyłania. Może z tą dyskrecją
nie jest aż tak dobrze - o tym, że delikwent
odbiera dyskretną paczkę dowiadują się bowiem
tylko wszyscy tankujący w danym momencie oraz
zapis monitoringu stacji, no ale może to
szczegół.
Z całą pewnością szczegółem nie jest jednak
reakcja podstawowego konkurenta - Poczty
Polskiej, która zaniepokojona paczko (matowym)
ruchem przeciwnika obudziła się z zimowego snu
i sama zaczęła proponować to i owo. Proponuje
więc odbiór paczki z zakupionym w Internecie
towarem w określonej własnej placówce dodając
chytrze, że są placówki czynne - podobnie jak
paczkomat - dwadzieścia cztery godziny na dobę,
siedem dni w tygodniu. Nie dodając, że ogólna
tendencja w powiecie tarnogórskim zmierza raczej
do zamykania urzędów pocztowych, nie zaś
wydłużania ich czasu pracy. Poczta oferuje już
także powiadamianie sms-em o tym, że przesyłka
czeka na swojego odbiorcę. Przy okazji doszło
jednakowoż do całkiem przyjemnego zjawiska -
państwowy moloch zaczął konkurować z
prywatnym i dynamicznym dostarczycielem nie tylko
administracyjnymi sztuczkami związanymi z wagą,
ubezpieczeniem czy zaświadczeniami, ale realną
i dobrze wykonaną usługą.
Dla sieciowych sprzedawców nastał czas
integracji z żółtą paczką. Handlujący
militariami sklep internetowy (gustowne berety
wojsk lądowych) z dumą obwieścił, że jest
pierwszym oferującym wysyłkę taką metodą,
ale następcy pojawili się wyjątkowo szybko. I
bez wątpienia ruch przy żółtych skrzynkach na
Nakielskiej będzie coraz większy, bo
szybkość, wygoda oraz cena to parametry
liczące się w e-transakcjach ponad wszystko.
Podobnie jak elementarna logika sprawiająca, że
wcześniejszy wynalazek także związany z
komercyjną stroną sieci - bankomaty - przyjął
się nadzwyczaj dobrze. Właśnie za sprawą
logiki - mimo miliona technologicznych,
mentalnych i organizacyjnych problemów -
wszystko to, co ma sens będzie działać
sprawnie i wydajnie: jak bankomaty czy
paczkomaty. I wszystko to, co sensu pozbawione
jest już na starcie - jak kioski firmowane logo
powiatu tarnogórskiego - skazane jest na
wieczną awarię, obrastanie pyłem oraz tak
zwany śmiech na sali. Z paczkomatu śmiechu nie
będzie - jest potrzebny, wygodny i działa. No i
otworzył nam kolejną, sieciową erę - erę
żółtej skrzynki.
Król Artur -
prawdziwa historia
Za
sprawą filmów wyjaśniono już do końca, jak
naprawdę było z Czerwonym Kapturkiem,
rozwikłano problem siedmiu krasnali. Dziś
spróbujemy przedstawić prawdziwą historię
króla Artura, który - zdaniem zdecydowanej
większości historyków - był jedynie postacią
fikcyjną. Pogląd taki ukształtował się z
powodu gwałtownego zniknięcia z powierzchni
planety zarówno samego króla, jak i jego
legendarnych rycerzy. Bohaterowie ci nie
pozostawili po sobie żadnych materialnych
śladów, zupełnie jak gdyby pochłonął ich
jakiś żywioł. A było to tak.
Zdrowie naszego drogiego czarnoksiężnika
Merlina - wykrzyknął król Artur wznosząc w
górę kielich wina i opierając drugą dłoń o
okrągły stół. Stół był właściwie nieco
jajowaty - podobnie jak głowa zwalistego rycerza
siedzącego tuż obok czarownika. Jajowaty
pochylił się ku Merlinowi i wyszeptał: - No,
no, nieźle to kolega wykombinował, ale mam
nową robótkę... Chcę zabić smoka z Exeter -
ta świnia terroryzuje całe hrabstwo. -
Wikipedia - org, wikipedia - org -
czarnoksiężnik zaczął mamrotać do siebie pod
nosem. Po chwili jednak opamiętał się: - Zgoda
Lancelocie, o północy powiem ci co masz robić.
Godzinę później, już w swojej pracowni,
Merlin powoli rozsuwał słoje z jaszczurczymi
śledzionami i marynowanymi uszami nietoperza. Na
bok powędrowała tabela transmutacji oraz
sporawy zapas siarki w garnku z urwanych uchem.
Za alchemicznym stołem powoli ukazywało się
jego oczom tajemne przejście. Tajemne przejście
prowadziło - ma się rozumieć - do tajemnej
komnaty, w której na honorowym miejscu leżało
ciemne, płaskie pudełko z napisem
"Lenovo". - Może i chińskie -
mruknął mag - ale działa. Laptop mruczał jak
czarny kot gdy Merlin wprowadzał hasło do
sieciowej encyklopedii. - "Smok z Exeter
jest praktycznie niezniszczalny, jego jedynym
słabym punktem jest zakończenie ogona, które
powinno się odrąbać w celu pozbawienia smoka
żywotności" - czarownik uśmiechnął się
do siebie - już wiedział co powie Lancelotowi.
Jakiś czas później król wezwał swojego maga
i zażądał recepty na pokonanie golema z
Bristolu. - Aaa, znów ta twoja magia -
stwierdził król, gdy usłyszał mamrotanie
maga: - Meteo - com, meteo - com. Niebawem
okazało się, że z golemem wcale nie trzeba
walczyć ponieważ gwałtowne ulewy zamieniły
łąkę pod Bristolem w prawdziwe, głębokie
bagno. Zwabiony przez rycerzy stwór wpadł jak
śliwka w kompot i tyle go widziano. Sprawa nie
wymagała żadnej walki ani żadnego większego
starania, wystarczyło patrzeć jak bydle tonie
nie czyniąc nikomu żadnej krzywdy. Przy
jajowatym stole długo świętowano zwycięstwo
oraz fetowano magię Merlina. Nawet jeśli
rycerze zastanawiali się w jaki sposób
czarownik przewidział wielki deszcz - nie dali
po sobie tego poznać. Przy pieśni i winie czas
płynął wesoło.
Następnym zadaniem miała być hydra z Kanału -
stwór uciążliwy ponad wszelką miarę i
dający się we znaki biednym angielskim rybakom.
Gdy czarnoksiężnik przyjmował zlecenie na nowy
czar, szeptał do siebie: - Atlantic - edu,
atlantic - edu. W tajemnym pomieszczeniu czekała
go jednak przykra niespodzianka. Ikona
przestawiająca dwa mrugające monitory, zamiast
ziemskim globem opatrzona była wyraźnym,
czerwonym krzyżykiem. - Cholerny brak sieci -
wyszeptał przerażony Merlin - Trudno - zagramy
na chybił - trafił - może trafimy. Dostępna w
Internecie tabela atlantyckich przypływów nie
była jednak czymś, z czym można sobie grać na
chybił - trafił. - Jesteś pewny magu, że woda
nas nie zaskoczy? - spytał później król
stojąc w ciężkiej zbroi po kolana w falach La
Manche. - Ten, tego - jestem, oczywiście -
odparł Merlin. Sam do siebie szeptał jednak w
kółko - Lottery - com, lottery - com. I dlatego
właśnie po rycerzach króla Artura, nim samym
oraz czarnoksiężniku nie pozostał żaden
ślad.
Deja vu
-
Nazywam się Deja vu - przestawił się bohater
filmu. - Bardzo mi miło - odparł jego rozmówca
dodając szybko - czy myśmy się już gdzieś
nie widzieli? Żart niby prosty i odwołujący
się do najprostszych skojarzeń, jednakowoż
osobnika o wspomnianym pseudonimie nader łatwo
spotkać w Internecie. Wygląda (co prawda) za
każdym razem inaczej, ale zawsze zostawia po
sobie to samo mgliste wrażenie.
Niemieccy studenci z miejscowości Kassel
reprezentujący specjalności planowania
przestrzennego oraz architektury krajobrazu
zainteresowali się naszym rodzimym produktem
zwanym Metropolią Silesia. Przyjechali więc,
zapoznali się z czym trzeba i napisali zestaw
stosownych opracowań. Jako dodatkowe pokłosie
projektu powstała ponadto gra planszowa o nazwie
- ma się rozumieć - "Metropolia
Silesia". Planszówka wzbudziła zachwyt
szefa górnośląskiej Platformy Obywatelskiej
oraz Związku Metropolitalnego, który rozważa
możliwość zakupienia licencji na produkcję
owej gry. Gra uczy bowiem inwestowania,
strategicznego myślenia i pokazuje jak ważne
jest planowanie. Bardziej dociekliwi po
przeczytaniu litanii zachwytów zaczęli uważnie
przyglądać się samej planszy i dostrzegli w
niej znajome elementy. Prostokąt ma bowiem
charakterystyczne obramowanie z kratek do
stawiania pionka (niektóre ze znakiem zapytania)
oraz - w rogu - coś w rodzaju więzienia z
kratami. W środku znajduje się mapka oraz
miejsce na układanie kart losowych. Słowem -
wypisz - wymaluj "Monopoly" zwany w
naszej rodzimej wersji
"Eurobusinessem". Może faktycznie pan
Tomczykiewicz podobieństw nie zauważył, samym
studentom trudno się jednakowoż dziwić - to
końcu to właśnie z Kassel wywodzą się
najsławniejsi europejscy bajkopisarze nazywani
braćmi Grimm.
Inne deja vu spotkało widzów stacji TV4.
Oglądając onegdaj program dla niedzielnych
kinomaniaków zapoznali się z dziwacznymi
znakami łamania (slash) na początku każdej
linijki tekstów tłumaczenia. Bywali w świecie
Internetu natychmiast skojarzyli znaczki z
serwisem "Napisy24", który to serwis w
atmosferze skandalu prawnego próbuje -
społecznościowymi siłami - tłumaczyć
zagraniczne dokonania kinematografii na język
Mickiewicza. Według prawników jest to zresztą
procederem całkowicie nielegalnym. Okazało się
ponad wszelką wątpliwość, że pracujący na
potrzeby telewizji tłumacz poszedł na skróty:
nie tylko skopiował cudzą pracę i przedstawił
ją jako własną, ale także nie zadał sobie
trudu by pozbyć się kompromitujących,
pochodzących z sieci znaków. Oczywiście -
można zapytać czy okradzenie złodzieja jest
przestępstwem, ale od pytań tego typu uczucie
deja vu wcale nie mija.
Bywają i deja vu wybitnie skomplikowane - takie
jak przepis z serwisu spryciarskiego pod nazwą
"jak wyłączyć komuś neta". Przepis
na wyłączenie komuś neta przypomina nieco
zabiegi kota budującego pułapkę na mysz w
kreskówce Disneya: pokrętne toto, skomplikowane
i udziwnione. Autor porady proponuje, by
ściągnąć sobie specjalny program, który na
dobre zablokuje dostęp do Internetu (co ma
stanowić świetny żart). Gdzieś po drodze
umknął mu prosty fakt, iż wyłączenie neta
znacznie łatwiej uzyskać wyciągając wtyczkę
z portu, dewastując router lub po prostu
łamiąc na kilka części płytę główną
komputera co (na dobrą sprawę) jest tak samo
skuteczne, tak samo zabawne, za to o wiele
szybsze. Prawdziwy problem polega bowiem na tym,
iż występuje znacznie większe zapotrzebowanie
na poradę "jak zrobić, żeby net cały
czas był", bo co jak co - wyłączyć to on
potrafi się sam: z całkiem niezłym skutkiem.
Przykłady deja vu można mnożyć i dotyczą one
nie tylko Internetu: czy chodzić będzie o
program wyborczy któregoś kandydata do fotela
prezydenckiego, czy o kolejne przemówienie
starosty - wciąż wraca to dziwne uczucie, że
kiedyś to już słyszeliśmy. Nie należy więc
dziwić się autorowi niniejszego felietonu,
który kończąc tekst zachodzi w głowę - czy
ja już kiedyś nie napisałem czegoś podobnego?
Dwa koty bacy
Niektóre
dowcipy są uparte - podobnie jak niektóre
melodie. Wpadają do głowy, nie chcą z niej
wyskoczyć, przypominają się w najdziwniejszych
momentach oraz (generalnie) sprawiają kłopoty.
Najgorszy jest dowcip o bacy, który prowadził
psa, by sprzedać zwierzaka na jarmarku. Zapytany
przez napotkanego po drodze juhasa ile sobie
życzy na szczekacza, odparł krótko - milion.
Kiedy panowie spotkali się w drodze powrotnej
baca został złośliwie zapytany, czy transakcja
doszła do skutku przy tak astronomicznej cenie.
-A dyć - odparł góral - dostołech za niego
dwa koty po pół miliona każdy.
Najpierw temperatura się podniosła, później
zawrzało, jeszcze później - eksplodowało.
Niejaki Grześ z Opola wystawił na sprzedaż
domenę. Grześ zawodowo handluje domenami, nie
byłoby więc w tym nic dziwnego, gdyby nie
szalona taktyka marketingowa. Domena była bowiem
nie byle jaka: zawierała wyrażenie
jaroslawkaczynski oraz polską końcówkę
narodową. Mało tego - na witrynie sprzedający
retorycznie pytał jak też właściciel
wspomnianego imienia i nazwiska zadba w
przyszłości o Polskę, skoro nie potrafi
zadbać o własny wizerunek. Podtekst owego
hasła najprawdopodobniej odwoływał się do
używanej przez Jarosława Kaczyńskiego domeny z
ni to amerykańską, ni to kosmopolityczną
końcówką "com". Fakt - do hasła
"najważniejsza jest Polska"
złośliwiec mógłby sobie dodać - "i
końcówka com", zaś kto jak kto, ale
narodowo zorientowany polityk powinien na takie
sprawy zwracać uwagę.
Nie zmienia to jednak faktu, że Grześ poszedł
w swoich tekstach ostro: jako mail kontaktowy
podawał swój adres ze słówkiem
"premier", cała sprawa miała bez
wątpienia wydźwięk lekko skandalizujący. Nic
dziwnego że podchwyciły ją i portale, i prasa
papierowa, i media elektroniczne robiąc darmową
reklamę sprzedawcy adresów. Pewnej nocy
tajemniczy osobnik nabył od Grzesia domenę
płacąc (uwaga) 100 tysięcy polskich (pl)
złotych, o czym wspomniane media także
natychmiast doniosły podkreślając jakim to
też świetnym interesem jest handel domenami.
Mało kto zwrócił uwagę na drobny fakt, iż
wspomniana transakcja pachnie wybitnym
dziwactwem. Domena ani nie jest szczególnie
wygodna (ze względu na swoją długość),
bardzo łatwo zastąpić ją domenami dostępnymi
dla każdego a zawierającymi zarówno imię, jak
i nazwisko o którym mowa. Przy cenie około 100
złotych. Nie sposób podejrzewać, iż adres
nabył Jarosław Kaczyński lub jego sztab - w
dobie dramatycznych powodzi i nie mniej
dramatycznej kampanii wyrzucanie potężnej kwoty
w wirtualne błoto graniczy z samobójstwem.
Zwłaszcza, że jeśli ów kandydat wybory
przegra - domeny potrzebował nie będzie, zaś
jeśli wygra - z urzędu dostanie lepszą:
prezydent.pl.
Nie sposób także uwierzyć w komercyjną siłę
grzesiowej domeny - owszem: zdarzały się
całkiem spore kontrakty, takie jak
ubiegłoroczny rekordzista wart 150 tysięcy -
domena kino.pl czy tegoroczny (póki co) lider -
opony.pl o wartości 960 tysięcy złotych.
Najlepszą ilustrację rynku stanowi jednak
przykład z ostatnich dni: transakcja opiewająca
na ponad 14 tysięcy pod flagą domeny
ekstaza.pl. Aby na adresie zarobić, trzeba
bowiem zamienić jej brzmienie na jakąś
finansową ekstazę - a jak wywołać ją przy
pomocy wyrażenia jaroslawkaczynski na razie wie
tylko tajemniczy nabywca. Pod wspomnianym adresem
oponiarskim znajduje się sklep, który zarabia.
Serwis filmowy ma silną podporę w postaci
reklamy, co czeka adres z wyrażeniem
"ekstaza" - wszyscy możemy się
domyślić.
Jak zwykle społeczność internetowa podzieliła
się na kilka grup: jedni zaczęli kupować
domeny, inni zastanawiać się nad tożsamością
tajemniczego ktosia, jeszcze inni - sprawdzać co
dzieje się pod wspomnianym adresem. Tymczasem
arcyciekawy rynek polskich domen internetowych
wzbogacił się o jeszcze jeden casus choć
ciągle według jednego i tego samego modus
operandi. Jak mówią Rosjanie (z końcówką
domenową ru), pożyjemy - zobaczymy co też
stanie się z tak widowiskowo nabytym adresem,
kolejnymi transakcjami oraz samym kandydatem.
Tylko dlaczego ciągle przypomina się ten
okropny dowcip o bacy, psie i dwóch kotach.
Internet rozjechał
Końcówka
lat siedemdziesiątych obfitowała w filmy oparte
na romantycznym etosie kierowcy ciężarówki.
Przez stany pędziły więc przeróżne konwoje
osłaniane przez mistrza kierownicy, który
następnie uciekał. Szofer wielkiego wozu był
bodaj ostatnim wolnym zawodem na naszym globie:
jechał gdzie chciał, za nic miał policję, w
razie czego zawsze pomogli kumple względnie
łyżka do opon trzymana w kabinie. Gdy dziś
przytrafi nam się film o kierowcy amerykańskiej
ciężarówki możemy już tylko westchnąć. Nie
tylko ze względu na prezentowane spodnie czy
koszule, które wyszły z mody; przede wszystkim
dlatego, że za sprawą Internetu nastąpił
koniec wolności szofera a skrót TIR
rozszyfrować możemy jako "tych Internet
rozjechał".
Kilka lat temu amerykańskie służby graniczne
wpadły na iście diaboliczny pomysł: wzdłuż
dziurawej i często lekceważonej linii
granicznej z Meksykiem ustawiono całą baterię
kamer internetowych. Stróże prawa mogli
wreszcie odpocząć, bo ich zadania przejęła
społeczność czyli (mówiąc po ludzku) każdy
kto chciał. Pewna pani chciała i głębokim
rankiem obserwowała sobie z własnego domu
nadgraniczny obraz pokazujący podejrzanie
wyglądającą ciężarówkę. Pojazd podpadł
jej od razu, bo dawał dziwne sygnały
światłami i poruszał się wyjątkowo
ostrożnie. Obserwatorka dała znać gdzie trzeba
i służba graniczna przechwyciła prawie pół
tony marihuany, która miała trafić na
amerykański rynek. Wydawało się, iż wszelkiej
maści obrońcy prawa będą mieli do dyspozycji
potężne narzędzie - prawdziwą masę ludzkiej
energii, wielookiego smoka, który nigdy nie
zasypia, a skuteczny jest ponad wszelką miarę.
Racjonalizacja miała dodatkowy walor finansowy,
bo przecież kamerki drogie nie są, zaś
społeczny inspektor to kolejny dowód na to, że
skoro nie ma różnicy, to po co przepłacać
zawodowcom.
Choć opisywany (a wymyślony przez władze stanu
Teksas) eksperyment przeprowadzono już cztery
lata temu, przeszedł praktycznie bez echa. Może
dlatego, że transportowcy już wcześniej
monitorowani byli w zupełnie inny sposób:
poprzez połączenie systemu GPS oraz
internetowych map dostarczanych przez Google i
nie tylko. Zamiast pędzić przez bezkresne
przestrzenie stanu Oregon (względnie ziemi
kieleckiej) cały czas podglądani są przez
wielkiego, satelitarnego brata. Dokładnie
wiadomo gdzie są, z jaką poruszają się
prędkością i w jakiej jadłodajni spożyli
posiłek. Nawet największy mistrz największej
kierownicy w takich warunkach nigdzie nie
ucieknie, bo sprytny pracodawca montuje
urządzonka tak, by nie dało się ich
wyłączyć.
Tendencje rozwojowe są jeszcze ciekawsze.
Onegdaj zaproponowano nawet, by cały ruch
samochodowy odbywał się na zasadzie portalu
społecznościowego. Tak więc jak w
społeczności sieciowej - zgodnie z
przedstawioną koncepcją - każdy kierowca może
zapracować sobie na popularność. Ustąpi
pierwszeństwa - dostanie wirtualny uśmiech,
pomoże wymienić koło - otrzyma wirtualne
serduszko. Prawo to miałoby oczywiście
działać i w drugą stronę: za ochlapanie
pieszego wodą z kałuży moglibyśmy dostać
przydzielane przez innych użytkowników drogi
punkty karne. Z czasem dokładnie wiedzielibyśmy
kto na drodze jest popularnym i lubianym
dżentelmenem, kto zaś chamem bez poważania.
Gdyby pomysł podchwyciły ubezpieczalnie -
najlepsi otrzymaliby stosowne zniżki przy
płaceniu za polisę, najgorszych czekałaby
podwyżka rachunku.
Mamy jeszcze jedno "gdyby", bo gdyby
dziś przez filmową autostradę pędził bohater
"Konwoju" o kaczym pseudonimie, sprawa
wyglądałaby zupełnie inaczej. Pierwszy z
brzegu policjant (po sprawdzeniu numeru w
sieciowej bazie danych) wiedziałby kto jest za
kierownicą i czego może się po nim
spodziewać. Zamawiający kurs nawet przez
sekundę nie spuściłby z oka swojej
ciężarówki - satelita przekazałby każdy jej
manewr w ciągu kilku sekund. A gdyby miało
dojść do jakiegoś przestępstwa, starsza pani
siedząca przed laptopem na werandzie swojego
domku uruchomiłaby machinę prawa. Cóż - jakie
czasy, taki romantyzm.
Zbigniew Markowski
|