Good Morning, Vietnam

Szanowni Państwo, żyjemy na rubieżach wielkiej aglomeracji miejskiej i jeśli nawet sami uporalibysmy się z problemem niskiej emisji (a dotychczas w tej sprawie robiono u nas naprawdę niewiele), to przy lekkim południowym wietrze i tak będziemy oddychać spalinami Bytomia, Piekar Śląskich (choć Ci akurat zasługują na słowa uznania, bo stosowne programy wdrażane są tam od ponad dziesięciu już lat) i Zabrza. Nie czarujmy się, Bytom i Piekary są numerami jeden na listach miast "zwijających się" i pozbawionych perspektyw. Trzeciego grudnia mieszkańcy Bytomia będą odwoływać swojego prezydenta, który oskarżany jest o to, że zezwalał na składowanie niebezpiecznych odpadów w centrum miasta (między innymi w pobliżu hipermarketu M1). To atmosfera, która raczej nie pozwala patrzeć z optymizmem w przyszłość. Wydaje się, że w tej sprawie trzeba myśleć szerzej i działać zespołowo, bo nie da się przecież postawić muru, który stanie na drodze powietrzu.

Szczęśliwie przestaliśmy już chyba bagatelizować ten problem i mylić zjawisko smogu ze zwykłym "smrodem z pieca" - to wbrew pozorom duży krok naprzód. Trzeba teraz, póki co, propagować i promować noszenie masek antysmogowych. Wydaje mi się, że szczególnie w tak małych ośrodkach miejskich ludzie wciąż wstydzą się w ten sposób chronić swoje zdrowie, a także swoich bliskich. Apeluję tu do władz i lokalnych mediów, działaczy, żeby rozpoczęły kampanię mającą na celu przełamać ten wstyd.
Może pomogłaby akcja typu: "zrób sobie selfie w masce przeciwpyłowej".

Stacji pomiarowej, która by na bieżąco podawała rezultaty pomiarów pyłów zawieszonych w powietrzu tutaj nie ma i chyba raczej w najbliższym czasie nie będzie. Pobliskie ośrodki jednak alarmują notując coraz to wyższe poziomy zanieczyszczeń.
Nam pozostaje jednak tylko wciąż zdrowy rozsądek jako probież. Jednak jak długo uda nam się go utrzymać w przytomności skoro odychamy trucizną, a wody gruntowe zasila rodzime składowisko odpadów chemicznych? W takich warunkach naprawdę trudno na trzeźwo mówić o miejscu przyjaznym do życia.

Dołączam zdjęcie wieżowców na Osadzie Jana spowitych pierwszym, porannym smogiem w tym sezonie.




Persona non grata

Małżeństwo może nauczyć człowieka, że w rzeczy samej mało istotne bywa to kto tak naprawdę ma rację, a wymiana argumentów bynajmniej nie prowadzi ku temu żeby cokolwiek rozwikłać, wyjaśnić, a już na pewno nie ma na celu zażegnania konfliktu. Dlatego często najzdrowszym z rozwiązań bywa kapitulacja z własnych ambicji, pretensji i oczekiwań. Bo przecież nie ma też niczego takiego jak zewnętrzny, obiektywny arbitraż. Jest tylko goła racja wspólnej egzystencji - szczęśliwej lub ciężkiej do zniesienia.
Czy zatem mój głód Mędrca, mędrca jako instytucji, jest aby możliwy do nasycenia, czy może raczej jest tylko przejawem własnej bezsilności i dezorientacji? Choć przecież rola mędrca to nie jest rola naiwnie oczekiwanego arbitra lecz prędzej rozjemcy - człowieka, którego myśl podąża drogą łagodności i prowadzi do głębokiego doświadczenia wspólnoty. Faktem jest, że podobne postaci rozpoznaje się głównie na kartach literatury w osobach żydowskich cadyków, indiańskiej starszyzny, Anzelmów Bohatyrowiczów pamiętających idyllę szczęsnej wspólnoty.
Dzisiejsza, polska rzeczywistość oferuje nam wyłącznie coś w rodzaju atrapy Mędrca, a w zasadzie jego karykaturalną interpretację jaką stanowi figura "Autorytetu". Mam tu na myśli ten rodzaj autorytetu, który z cicha, porozumiewawczo wyprzedza przymiotnikowe zapewnienie: "nasz" - w rozumieniu zgodny z naszą wizją, światopoglądem, polityką. Owa postać jest wytworem naszych oczekiwań, marzeń o tym, ze istnieje ostateczne zwycięstwo naszej racji. Nic bardziej zwodnego nie może przydarzyć się wolnemu intelectum - jeśli da uwieść się tego rodzaju pokusie.
Minione dwudziestopięciolecie powołało do istnienia także inną, powszechną figurę - mianowicie mam tu na myśli rolę "Persona non grata" - osoba niepożądana, a przeto wyłączona "bezpiecznie" ze wspólnoty. Dokonuje się tego za pomocą ośmieszenia, wyszydzenia, a najlepiej skierowania wprost do sołżenicynowskiej psychuszki. Dzięki tej figurze można jeszcze bardziej pogłębić swoje przeświadczenie o własnej racji zachowując jednocześnie poczucie, że owa racja jest wspólną, wspólnotową, bo Ci co wyrzuceni, umieszczeni w przedmiocie instytucji "Persona non grata" w zasadzie nie istnieją jako podmiot wspólnoty. Ba! Nie w zasadzie - na pewno - Ot, dla dobra "djemokracji".
Persona non grata, to pozycja niebezpieczna w swych konsekwencjach, bo kiedy tylko grupa, podmiot wydrze się z jej okowów lub zwyczajnie dorwie się do władzy, do głosu, przychodzi czas odwetu, w jej mniemaniu czas zadośćuczynienia, rozliczenia krzywd. Co owocuje tylko pogłębieniem patologii, a może po prostu jest jej immanentną eskalacją - wyjściem choroby na zewnątrz.
Były Prezydent Aleksander Kwaśniewski w jednym z niedawnych wywiadów przyznaje, że III Rzeczpospolita przegapiła interesy sporej grupy swoich obywateli - nie wszyscy złapali się na ten projekt. Mówi o tym jakby to był błąd przy pracy.
Nasuwa się więc pytanie: Czy zatem konstrukcja okrągłego stołu, przez błąd lub premedytację, miałaby okazać się tylko projekcją, fikcją? Wszakże rycerze króla Artura przystępowali do niego jako równi sobie. To był główny cel powołania takiej figury, takiego mebla. Co zatem zawiodło? I kto zdoła teraz napić się ze świętego Kielicha?
A może demokracja, jako system partyjny, jest w swojej naturze zbyt "kanciata" i próba posadzenia jej przy antycznym meblu, wystruganym u zarania wielkich, europejskich monarchii jest zabiegiem przypominającym słynny problem z kwadraturą koła, czyli przedsięwzięciem z góry skazanym na porażkę? - tak twierdzi jeden z moich znajomych.
Czy więc jedynym remedium na niedostatki demokracji miałaby być dojrzałość osobowa i społeczna narodu - wszak to beznadziejna, przerażająca konstatacja.

"Starszyzna obecna w nas wie, że nie istnieje ostateczną racja, gdy w grę wchodzi otwarty konflikt stron. Poczucie słuszności pojawia się tylko w związku ze wspólnotą, wraz z wewnętrznym spokojem umysłu, rozwijającymi się i trwałymi relacjami oraz pracą że światem, która przekształca napięcia istniejące między grupami."
A. Mindell "Lider mistrzem sztuk walki. Wstęp do głębokiej demokracji." Warszawa 1992




Oświadczenie

Szanowni Państwo, pragnę w tym miejscu oświadczyć, że z dniem 24. października br zrezygnowałem z członkostwa
i funkcji Sekretarza Rady w Tarnogórskiej Fundacji Kultury i Sztuki. Dziękuję współpracownikom za wspólnie spędzony czas, poniesione razem wysiłki i doświadczenie, które z owej wspólpracy wynoszę. Przy całym bagażu dobrych wspomień ten smutny epilog jaki dziś dopisuje życie jawi się jako fatalny porządek - przewrotność losu podobna tej, która w antycznym dramacie miesza języki ludziom i sprawia, ze każdy wysiłek spełza na niczym, a to co z załozenia miało przynieść słodkie owoce uparcie staje się gorzkie, złe. Dlatego też nie mogę nie podarować tu gorzkich słów.
Bo chcę zaznaczyć, że winą za ten fatalny stan rzeczy obarczam wszystkich tych ludzi, którzy skalali Galerię Sztuki Inny Śląsk (podmiot prawie tożsamy z Fundacją nie tylko przecież za sprawą wsólnego miejsce) wpuszczająć do jej wnętrz niewyszukanie jednoznaczną agitkę politbiura. Tym samym wprowadzając w jej progi, pod pozorem obywatelskości, nienawiść społeczną, radykalizację światopoglądu i legitymacje bezprawia intelektualnego. Nigdy nie stroniłem
od polityki jednakże uparcie i konsekwentnie odmawiałem partyjnych legitymacji, nawet jeśli ideowo było mi z nimi
po drodze. Tym bardziej, z jeszcze większym zaparciem, wypada mi rezygnować ze swojej obecności w szeregach środowisk, z którymi nie zgadzam się.
Piszę to wszystko ze szczerą przykrością lecz pozbawiony jakichkolwiek złudzeń, że istniało inne rozwiązanie, inna droga niż rozbrat. Nie skrywam bólu porażki, którą dzielimy między siebie jako społeczeństwo. Jeszcze raz chcę tu powtórzyć: niewybaczalnym błędem lub perfidią jest mylić demokrację z anarchią, nieprawością. Na to mojej zgody być nie powinno. Dziękuję Wam za to co było niewątpliwie dobre w naszej pracy. Przepraszam za to co mogłem zrobić lepiej.

Zwracam się tutaj z prośbą do Administratorów portalu "Tg.net" o usunięcie logotypu z nazwą Tarnogórskiej Fundacji Kultury i Sztuki, który dotąd wyświetlał się wraz z notką biograficzną przy moim imieniu i nazwisku.


Petycja w obronie rodziców z Białogardu

Brak zdolności do podjęcia dialogu z rodzicami to w placówkach polskiej służby zdrowia często obowiązujący standard. Na szczęście nie we wszystkich. Ale nawet w Tarnowskich Górach mógłbym wskazać miejsca gdzie wysłuchanie pacjenta, czy jego opiekuna traktowane jest jako męcząca konieczność. Jednakże to co wydaje się, że miało miejsce na jednej z bialogardzkich porodówek przechodzi wszelkie granice. I bynajmniej nie chodzi tutaj o to czy jesteśmy za szczepieniem, czy przeciwko (ja jestem za "szczepieniami ochronymi" ), to nie jest sednem sprawy. Oburzajace wydaje się to, że zarówno personel medyczny jak i organy orzekające przeoczyły, że priorytetem musi być spokój dziecka i matki w świeżym połogu. Gdzie był posłuch zasady: "po pierwsze nie szkodzić"? Trudno także nie powędrować myślami do biblijnego, salomonowego sądu...
Na marginesie i przy okazji sugeruję tu przyszłym rodzicom żeby dobrze zapoznali się ze standardami jakie panują na porodówce, którą chcemy wybrać jako miejsce przyjścia na świat naszych pociech. Naprawdę wiele śląskich szpitali zdołało wdrożyć nowoczesne metody opieki okołoporodowej (np. Gliwice, Bytom ...). Jeśli rodzic sam nie zażąda, dzieci nie są myte tuż po urodzeniu, rodzic musi wyrazić pisemną zgodę na szczepienia, umożliwia się"kangurowanie"noworodków przez ojca, istnieją też poradnie laktacyjne.

Poruszony apelem ojca dziecka udostępniam tu linki do petycji mającej powstrzymać pościg policyjny za rodzicami i dzieckiem, także link do oświadczenia jakie w serwisie Youtube opublikował ojciec noworodka.

https://secure.avaaz.org/pl/petition/Burmistrz_Bialogardu_Krzysztof_Baginsk
i_Zatrzymajmy_poscig_za_rodzicami_dziecka_ktorzy_odmowili_szczepienia/?cQFD
Qjb&utm_source=sharetools&utm_medium=copy&utm_campaign=petition-446810-Burmist
rz_Bialogardu_Krzysztof_Baginski_Zatrzymajmy_poscig_za_rodzicami_dziecka_kt
orzy_odmowili_szczepienia&utm_term=QFDQjb%2Bpl


https://youtu.be/BZtrqm5L8yY



Co dalej z UNESCO?

Po pierwsze ogromna radość. Minionej niedzieli dało się ją poczuć w każdym zaułku miasta. Trzeba mieć jednak świadomość, że ten ogromny wysiłek ludzi zaangażowanych w walkę o patronat UNESCO mógłby zwyczajnie pójść na marne,gdyby nie szereg sprzyjających okoliczności (lokalizacja szczytu UNESCO w Polsce, brak innego polskiego kandydata czy wreszcie Polak w roli przewodniczącego komisji decyzyjnej). Przypominam o tym nie bez kozery. Wszak rzeczą zgoła jasną jest, że tarnogórska kopalnia srebra to nie Wiszące ogrody Semiramidy. Potwierdza to fakt, że jedno z ciał doradczych komisji UNESCO miało postulować o zawieszenie decyzji, aby mogło przeprowadzić jeszcze szereg dodatkowych badań mających pomóc w werdykcie: czy aby na pewno tarnogórska kopalnia winna znaleźć się w elitarnym gronie zabytków klasy światowej.
Teraz to jednak już mało istotne. Należy bezwzględnie wykorzystać tę szansę daną od losu i wywalczoną dzięki wysiłkom ludzi, którzy nie porzucili wiary w sukces. Chwała Wam za to. Dziękuję z serca, jako mieszkaniec miasta - Tarnogórzanin.
Następnie proszę wszystkich decydentów: nie roztrwońcie tej szansy. Wiele trzeba nadrobić, żeby uczciwie móc przyciągać tutaj tłumy turystów. Pamiętajcie, że cały ten wielki obszar rozciągający się od hałdy popłuczkowej, rezerwatu buków Segiet, aż po Park w Reptach, Bobrowniki, powinien być teraz traktowany jako składowa elementów "kulturowego krajobrazu" - że to ziemia, w której odcisnęla się opowieść ludzkiego przemysłu - opowieść, która nie jest już tylko naszym dziedzictwem, ale dziedzictwem świata pozostawionego przyszłości. Dlatego traktujcię tę przestrzeń z czułością i ostrożnością, bo jeśli rys hałd, ślady dróg, oblicze Srebrnej Góry znikną za mało powabnymi sylwetkami zabudowań, szeregowców, pod ciężarem osiedli rozprzestrzeniających się coraz mocniej w tamtą stronę, to nikt nie będzie w stanie przeczytać naszej historii, odkryć prawdy jej piękna.
Bolesną lekcją powinien być brak zamków i pałacu pozostawionych przez rodzinę Donnersmarck, której losy jak żadnej chyba innej nie splotły się z dziejami kopalni. Gdyby przetrwały o ileż nasza propozycja turystyczna byłaby dzisiaj bardziej pełna, kompletna.


Generał Ziętek otwiera kampanię samorządową

Przed kilkoma tygodniami w moje ręce wpadł jeden z numerów lokalnie wydawanego tygodnika. Autor artykułu, na pierwszej stronie opisywał postać świętej pamięci generała Jerzego Ziętka. Był to rodzaj portretu, na który składały się cytowane wypowiedzi kilku lokalnych włodarzy, wszystkie osadzone na szkielecie własnych refleksji piszącego ów tekst dziennikarza. Sylwetka generała widziana weń była niejako "zza płota", oczyma jego sąsiadów. Z tej perspektywy można było dostrzec postać zgarbionego, starszego człowieka poruszające się z trudem, podpierającego się laską - "dziadka o kryce ". Z tonu dziennikarza emanawał swoisty żal i brak zrozumienia dla krzywdy jaką zadaje się pamięci generała, próbując dostrzec w nim także, czy raczej przede wszystkim, wysoko postawionego funkcjonariusza aparatu PRL.
Zabieg zderzenia ze sobą tych dwóch porządków - tego co lokalne, sąsiedzkie, z tym co narodowe, z tym co dyktuje narracja ośrodków podobnych do IPN, kreuje linię sporu - granicę, wobec której czytelnik musi opowiedzieć się po jakiej stronie barykady staje - to coś jak zbiorowy sąd (samosąd)nad wizerunkiem generała.
A więc po jednej stronie mamy postać, która jest członkiem Komitetu Centralnego PZPR, Zastępcą Przewodniczącego Rady Państwa w latach 1980 - 1985, z drugiej zaś "naszego Jorga", twórcę Górnośląskiego Centrum Rehabilitacji, sąsiada, a my czytelnicy pomiędzy tymi dwiema postaciami generałów musimy teraz zdecydować - czy okażemy się bardziej ludzcy, czy bardziej formalni, ale bezduszni. Ów wybór jednak, w swej istocie, do złudzenia przypomina wybór jaki stanął przed fredrowskim osiołkiem (z tym wyjątkiem, że tamten otrzymał jednak jakąś konkretną propozycję). Podejrzewam, że następstwa mogą być takie same.
Chcę tutaj pominąć fakt, że próba konfrontacji ze sobą tych dwóch, jakże odrębnych optyk i systemów wartości jest zabiegiem raczej odważnym, a w logice móglby zostać uznana jako błąd, a przynajmniej brak konsekwencji. Dzieli je głęboka różnica aksjologiczna - upraszczjąc - to dwa odrębne światy, podlegające zupełnie innym ocenom. Jednakże rzeczywistość zwykła wymykać się laboratoryjnym prawidłom profesjonalnego myślenia, a znana maksyma głosi, że w "polityce nie ma rzeczy niemożliwych" - wobec tego Arystoteles musi pozostawać człowiekiem bezradnym.
Zatem raz jeszcze: moim zdaniem zbliżająca się milowymi krokami kampania samorządowa swoją linię frontu będzie rozpościerać właśnie na tej osi - na zderzeniu tego co stanowi lokalną, sąsiedzką opowieść, z tym co stanowi "wielką" narrację historyczną. I oczywiście nie chodzi tutaj o postać generała, która w tej grze traktowana jest jak kukła.
Jestem przekonany, że w ustach kandydatów na urzędy pojawią się dużo częściej niz zwykle regionalizmy typu: "U nos", "Po noszemu", "Chop robotny, ze stąd" abo "Naszo gryfno frelko ". Nie dajmy się jednak zwieść temu anturarzowi - to nie będzie bynajmniej deklaracja uczciwej pracy u podstaw (jak mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka), ale pełnokontaktowa wojna ideowa (oczywiście głównie na własny użytek).

...swoją drogą i już zupełnie na marginesie - Kiedy przyglądam się popiersiu generała w Gornośląskim Centrum Rehabilitacji, które jest szpitalem jego imienia, zawsze przeżywam coś w rodzaju dysonansu poznawczego - pytam sam siebie: Jak to? Szpital im generała? A nie na przykład znanego lekarza, wynalazcy szczepionki albo jakiejś penicyliny? Zadaję sobie to pytanie, ale też niespecjalnie się przy tym obruszam. Raczej po prostu puszczam je mimo uszu i idę w swoją stronę spokojnie. Jednak gdyby wyobrazić sobie analogiczną sytuację, podczas wycieczki w którymś z miast byłego Związku Radzieckiego - dajmy na to np: "Szpital Kliniczny im.gen. Fiodora Aleksjejewicza", kiedy zostalibyśmy oderwani od własnego kontekstu lokalności, to wówczas, mimowolnie mogłaby narodzić się w człowieku niewybredna konstatacja typu: "Te Ruskie to są jednak cepy".
Proszę mnie źle nie zrozumieć. Bynajmniej nie staram się tu wnioskować o zmianę patrona GCR-U. Chodzi mi raczej o to, żeby zamanifestować swoje zdumienie jak mocno tkankę naszego myślenia, postrzegania, języka przerosła postsowiecka doktryna i bardzo na co dzień nie zdajemy sobie sprawy. Żyjemy w przeświadczeniu, że okrucieństwa komunizmu nie dotknęły nas zbyt głęboko, że udało nam się "ich przechytrzyć", że ukryliśmy sìę bezpiecznie w "najweselszym baraku " byłego obozu, ale to nie jest prawda. W tym czasie kłamstwo stało się naszą naturą - kłamstwo określa naszą tożsamość, nieodwracalnie zrosło się z nami - jest w nas i jest nami. Nosimy w sobie szereg przeświadczeń wyniesionych z podręczników i książek pisanych ręką systemu. Często drzemie one w nas zupełnie nieużywane i takie są jeszcze bardziej niebezpieczne, bo w ukryciu nie są poddawane żadnej weryfikacji.
Taki też jest ten portret generała. Jego mechanizm jakim się karmi przypomina mi sytuację, kiedy w niewielkiej społeczności nagle wychodzi na jaw, że dobrodziej, człowiek poważany, ksiądz kanonik molestował seksualnie nieletnią. "To niemożliwe " - powtarzają wówczas wszyscy we wsi. "To musi być klamstwo" - próbują oczyścić siebie i jego z winy.
Trzeba pamiętać zawsze, że "beczkę soli zjesz a na człowieku się nie poznasz". Jednak nie należy pozbywać się z pamięci także faktu, że Gornośląskie Centrum Rehabilitacji powstało na zgliszczach podpalonego domu, że chorzowski Ogród Zoologiczny otwiera brama wyszabrowana z dogasającego pałacu - wyrwana z wrót czyjegoś domu, że kiedy generał dzieli władzę jego partyjni pobratyńcy deportują do Izraela resztki przeżyłej Holokaust ludności polskiej pochodzenia żydowskiego, a na "łączce "na Cmentarzu Powązkowskim potajemnie grzebane są zwłoki mordowanych w piwnicach żołnierzy Armii Krajowej. Tak, nasz świat został zbudowany na zgliszczach i zbyt wielu stało się ofiarą pod jego podwaliny. Jest zbyt drogi, przepłacony. Nie powinniśmy się wyrzekać tej prawdy.


Smog w TG - rozmowa z Dr inż. Mieczysławem Żeglinem

Publikuję dziś swoją rozmowę z dr inż. Mieczysławem Żeglinem, absolwentem LO im. St. Staszica w Tarnowskich Górach oraz Politechniki Śląskiej w Gliwicach, gdzie na Wydziale Inżynierii Środowiska i Energetyki uzyskał stopień naukowy doktora nauk technicznych.
W nocy poprzedzającej tę publikacji w Zabrzu (to najbliższy Tarnowskim Górom punkt prowadzący stały monitoring jakości powietrza)odnotowano ponad 800 jednostek pyłu zawieszonego PM10. Trudno stwierdzić jakie stężenie mieliśmy tu na miejscu, bo stacja przy ulicy litewskiej ze względu na swój charakter podaje wyniki badań z prawie dwumiesięcznym opóźnieniem. Jednak nad ranem nawet gołym okiem można było ocenić, że raczej nie odstajemy od reszty regionu.
Poniżej publikuję treść mojej niedawnej rozmowy i zapraszam do lektury


Krzysztof Tomanek: Mam wrażenie, że duża część tarnogórzan bagatelizuje problem smogu, choć może raczej powinienem powiedzieć, że funkcjonuje coś jakby odruch obronny podobny do tego kiedy chory nie przyznaje się sam przed sobą do choroby. Jest kilka form tego wyparcia - z jednej strony padają deklaracje wiary w wyjątkowość lokalizacji Tarnowskich Gór, dzięki której miasto miałyby być ostatnią w aglomeracji enklawą czystego powietrza,  z drugiej zaś pojawiają się uspokajające zapewnienia typu: "a za komuny to dopiero było zanieczyszczenie" albo "kiedyś śmierdziało i nikt się tym nie przejmował","nie dajmy się zwariować mediom". Jakie powinno być według Pana uczciwe, a przede wszystkim właściwe podejście do smogu?

Mieczysław Żeglin: Smogiem (ang. smog = smoke + fog, czyli dym + mgła) nazywana jest sytuacja atmosferyczna, polegająca na współwystępowaniu zanieczyszczeń powietrza i niekorzystnych zjawisk naturalnych. W ekstremalnych warunkach smog prowadzi do zagrożenia zdrowia i życia człowieka (vide wielki smog londyński w grudniu 1952 r.). To z czym aktualnie mamy do czynienia to epizody podwyższonych stężeń pyłu zawieszonego PM10, którego stężenia przekraczają dopuszczalny poziom średniodobowy, wynoszący 50 µg/m3.
Sytuacja taka występuje notorycznie od wielu lat i jest spowodowana głównie stosowaniem paliw stałych do ogrzewania mieszkań. Dodatkowo niskie temperatury i niekorzystne zjawiska meteorologiczne, ograniczające przepływ powietrza pogarszają sytuację, co ma miejsce w tym roku. Widoczna jest zależność, że im większy udział niskiej zabudowy mieszkalnej na terenie miasta, tym stężenia pyłu wyższe (stąd też najwyższe stężenia pyłu występują w Rybniku i Wodzisławiu, a niższe w Tychach czy Sosnowcu). Problem ten występuje także w mniejszych miejscowościach, szczególnie tych o gęstej zabudowie.
W przeszłości, w latach 70-80. XX wieku, sytuacja była jeszcze gorsza, z uwagi na zdecydowanie wyższą emisję przemysłową. Działania podejmowane po 2000 roku, np. programy ograniczenia niskiej emisji nie przyniosły oczekiwanych efektów. Muszą być jednak konsekwentnie prowadzone i są, czego przykładem jest opracowana w województwie śląskim uchwała antysmogowa (podobna uchwała została już wprowadzona przez sejmik województwa małopolskiego), której pierwsze postanowienia mają obowiązywać jeszcze w tym roku.


Krzysztof Tomanek: Kraków powoli zaczyna przyznawać się także do popełnionych błędów. Otwarcie mówi się już o tym, że zbyt lekkomyślnie pozwolono np. na budowę wysokich budynków na rogatkach miasta, których obecność domknęła naturalne i nieliczne kanały wentylacyjne miasta.
Tarnowskie Góry obecnie przeżywają boom jeśli chodzi o budownictwo osiedli niskiej jednorodzinnej zabudowy - jej ekspansja w okalające miasto tereny zielone (pola uprawne, łąki, parki i lasy) powoduje, że miasto ustawicznie zwiększa liczbę swoich mieszkańców. Tak realizuje się jedno z wielkich marzeń tzw. klasy średniej o domku z kominkiem na przedmieściach, blisko lasu. Czy Pana zdaniem w ten naturalny proces powinny zapuszczać się "macki centralnego planowania"?
Na ile władza w tym przypadku powinna mieć prawo żeby zaglądać w domowe ognisko - do kominka albo piwnicznej kotłowni?

Mieczysław Żeglin: Głównym źródłem problemu jest gęsta niska zabudowa, bazująca na paliwach stałych. Powinno to być brane pod uwagę w procesach planowania. Bardziej rozproszona zabudowa i odejście od stosowania paliw stałych, głównie na rzecz gazu, energii elektrycznej i innych ekologicznych źródeł, a przede wszystkim dobra izolacja termiczna budynków. Te wymagania powinny być wprowadzane już na etapie uzgadniania warunków zabudowy.

Krzysztof Tomanek: Przed niespełna dwoma laty Tarnowskie Góry wprowadziły specjalny program, dzięki któremu można otrzymać dofinansowanie przy zakupie pieca węglowego czwartej lub piątej klasy emisji, a także dofinansowuje termomodernizację budynków mieszkalnych. Rocznie aprobatę uzyskuje kilkadziesiąt wniosków. W Piekarach Śląskich podobny program funkcjonuje już od prawie dwunastu lat. Czy to jest realna szansa na poprawę jakości powietrza? Kiedy według Pana można by spodziewać się odczuwalnych efektów tego działania?

Mieczysław Żeglin: Efekty podejmowanych działań będą widoczne jeżeli działania zostaną przeprowadzone na dużą skalę. Wymiana kilkudziesięciu kotłów w miejscowości liczącej około 24 tysięcy mieszkań, z czego kilka tysięcy posiada własne źródło ciepła pozostanie bez zauważalnego wpływu na jakość powietrza. Często efekty ekologiczne takich działań są niwelowane wskutek stosowania niewłaściwych paliw i odpadów, a trzeba wziąć jeszcze pod uwagę napływ zanieczyszczeń z sąsiednich miejscowości. Tu jednak położenie Tarnowskich Gór jest stosunkowo korzystne w porównaniu do większości miast Aglomeracji Śląskiej

Krzysztof Tomanek: Na koniec zadam jeszcze jedno pytanie: czy uważa Pan, że najbliższe stacje pomiarowe (Zabrze, Gliwice, Częstochowa) mogą być w jakiś sposób miarodajne dla naszego powiatu? Czy przydałaby się jednak stacja tu na miejscu, w mieście? Pamiętam, że w czasie pierwszego nasilenia się smogu, początkiem stycznia, wojewódzka stacja kontroli na pytanie: jaki mamy stopień zanieczyszczenia w mieście wyrażała się cokolwiek mało precyzyjnie: "na pewno 200 jednostek, a najprawdopodobniej 300" - brzmiał oficjalny komunikat.

Mieczysław Żeglin: Uruchomienie automatycznej stacji monitoringowej, wchodzącej w skład krajowej sieci monitoringu jakości powietrza, to olbrzymie koszty (rzędu kilkuset tysięcy złotych). Taka stacja musi być lokowana w znacznym oddaleniu od źródeł emisji (pełni ona funkcję stacji tłowej) i nie daje pełnego przeglądu sytuacji w mieście. Oczywiście jeżeli są tam obserwowane przekroczenia norm, to możemy być pewni, że tym bardziej mają one miejsce na obszarach występowania źródeł emisji, ale już skali tych przekroczeń nie znamy.
Dobrym pomysłem jest zastosowanie wielu mobilnych mierników (aktualnie takie mierniki są dostępne w handlu), które przy zastosowaniu odpowiedniej aplikacji pozwalają na opracowanie mapy stężeń zanieczyszczenia na obszarze miasta. Opieranie się na danych ze stacji monitoringu w Zabrzu, Gliwicach czy Częstochowie może dawać pewną orientację, bo często epizody smogowe mają charakter regionalny, ale poziomy stężeń na tych stacjach i w Tarnowskich Górach mogą różnić się znacznie.
W Tarnowskich Górach, na stacji tła przy ulicy Litewskiej, prowadzone są pomiary manualne stężeń pyłu PM10 i PM2.5, metali ciężkich (ołów, kadm, nikiel) i metaloidów (arsen) oraz BAP (benzo(a)piren) w ramach monitoringu powietrza, prowadzonego przez WIOŚ w Katowicach. Dane są dostępne na stronie internetowej Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska.


strona :  1 |  2 |  3 |  4 |