- Wielcy i święci są wśród nas

Niedawno miałem okazję spotkać się z młodzieżą gimnazjalną. Przyszli posłuchać tego, co mam im do powiedzenia. Nie spodziewali się jednak, że ja też będę chciał ich posłuchać. Smuci przede wszystkim brak wiedzy o najbliższym otoczeniu, o jego historii, o ludziach wielkich, czy nawet świętych.

Innym razem napiszę o tym nieco więcej.

Dziś chciałbym jedynie powiedzieć krótko, że wielcy i święci pochodzą nie tylko z Warszawy czy Krakowa, ale także z regionu tarnogórskiego. Często słyszymy, że Tarnowskie Góry krótko odwiedził (nieważne, że nieraz zupełnie przypadkiem,jakbyśmy to powiedzieli po śląsku - bez cufal) król Sobieski, August saski, poeci Julian Ursyn Niemcewicz i Goethe.

Te postacie i ich krótki pobyt w Tarnowskich Górach nie odegrały jednak żadnej roli w rozwoju naszego regionu i zamieszkującej go ludności. Prócz pochodu gwarkowskiego i tzw. dworu Goethego nie zawdzięczamy im praktycznie nic.

Nie zauważamy często osób prawdziwie zasłużonych, pochodzących z naszego regionu lub jakoś z nim związanych.
Do nich należą:

Sługa Boży ks. Teodor Christoph (proboszcz-lokalista z Miasteczka Śl.)

Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki (twórca ruchu Światło-Życie, zapoczątkowanego w Bibieli)

Ojciec Kamilianin Bogusław Paleczny (znany i szanowany przez wszystkich ludzi w Polsce, niezależnie od wyznania).

Wymieniłem tu tylko osoby duchowne. Jak znajdę trochę więcej czasu, to napiszę o nich więcej. Także o osobach świeckich, np. o Bolesławie Luboszu. Wiecie kto to był? Nie? Szkoda. Warto ich wspominać, rozmawiać o nich z młodzieżą.

cdn...





- POWSTAJE Młodzieżowe Koło Miłośników Ziemi Tarnogórskiej (MKMZT)

Pragnę ogłosić młodzieży z rejonu Strzybnicy i Rybnej, że rozpocząłem przygotowania do utworzenia Młodzieżowego Koła Miłośników Ziemi Tarnogórskiej.

Jak to będzie funkcjonować poinformuję w późniejszym czasie. Tymczasem zapraszam do zastanowienia się nad przynależnością do tego koła i już teraz można się zgłaszać do mnie na adres januszpfaff@interia.pl

Koło będzie podlegać pod Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej, a jego siedzibą będzie Szkoła Podstawowa nr 13 w Tarnowskich Górach. Nie będzie to jednak koło dla dzieci z tej szkoły, ale ogólnie, dla młodzieży z tego rejonu, a jeśli ktoś z dalszej okolicy też miałby chęć przynależności do koła, to również serdecznie zapraszam.




- MIŁOŚNICY WIEŻ CIŚNIEŃ


Od dawna interesują mnie wieże ciśnień i kominy. Jest w Polsce sporo miłośników tego typu zabytków architektury. Zaproponowałem na pewnym internetowym forum, abyśmy wspólnie powołali Ogólnopolskie Stowarzyszenie Miłośników Wież Ciśnień. W to można również wpisać miłośników kominów (przemysłowe i nie tylko), latarni morskich, szybów górniczych itp.

Jakoś jeszcze nikt na moją propozycję nie odpowiedział. Może zatem uda się to zrobić naszymi tarnogórskimi siłami społecznymi.

Po co takie stowarzyszenie? Jakie byłoby jego zadanie?
To jest raczej oczywiste - otaczanie tych ginących budowli, często o bardzo dużych walorach zabytkowych, opieką przed dalszą dewastacją, czy wręcz likwidacją. Takie stowarzyszenie mogłoby występować jako instytucja pożytku publicznego do różnych władz samorządowych i państwowych czy nawet unijnych o środki na ten cel.
Działalność takiego stowarzyszenia powinna się opierać na wolontariacie jego członków.
Drodzy Tarnogórzanie, przykładem jest Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej. To dzięki tej organizacji istnieje Kopalnia Zabytkowa, Sztolnia Czarnego Pstrąga, Muzeum Miejskie, Dzwonnica Gwarków, Święto Gwarków z historycznym pochodem, czy też nawet Tygodnik Gwarek. Obecnie kopalnia i sztolnia są WŁASNOŚCIĄ tego stowarzyszenia.
Myślę, że w tej organizacji znajdziemy wsparcie w działalności, pomoc w zorganizowaniu się.

Jak można i warto dbać o wieże ciśnień?
Zachęcam, aby przy okazji urlopowego pobytu na Mazurach odwiedzić Giżycko. Tamtejsza wieża ciśnień jest perłą architektoniczną tego miasta, a zarazem chętnie odwiedzanym miejsce. Wspomniana wieża ciśnień została przekształcona w wieżę widokową. Wewnątrz mieści się wystawa ciekawych eksponatów związanych z tym miastem, w miejsce rur wodnych zainstalowano windę, a na szczycie wieży mieści się  elegancka, stylowa kawiarnia, wokół której znajduje się taras widokowy.

Rozwiązań jest oczywiście wiele. Zależą one od samej bryły architektonicznej wieży. Jedne są smukłe i wysokie, inne niskie, przysadziste, o dużej średnicy. Są wieże okrągłe, są i wieloboczne. Są też takie, które ani nie zachwycają wyglądem, ani nie mają imponujących rozmiarów, ale za to są ciekawą pamiątką po przeszłości. Chodzi w tym przypadku o kolejowe wieże ciśnień. Wystarczyłoby zadbać o ich zewnętrzny wygląd. Oczywiście cały czas jest tu mowa o wieżach nieczynnych. Ale te, które nadal pracują też warto otoczyć opieką - zadbać o ich zewnętrzny wygląd.
U nas w Tarnowskich Górach i okolicy też są wieże ciśnień.

Tu znajdziecie ciekawe zdjęcia wież naszego regionu wraz z opisami:
http://wieze.republika.pl/Tworog.htm

http://wieze.republika.pl/TarnowskieGory_las.htm

http://wieze.republika.pl/TarnowskieGory_lokomotywownia.htm

http://wieze.republika.pl/TarnowskieGory_lokomotywownia_stara.htm

http://wieze.republika.pl/TarnowskieGory_PKP.htm

http://wieze.republika.pl/TarnowskieGory_wodociag.htm

http://wieze.republika.pl/Brynek.htm





- Myślę "ojczyzna" a mówię "Śląsk"

      Tym prowokacyjnym hasłem pragnę serdecznie zaprosić wszystkich Ślązaków do podzielenia się swoimi poglądami i wspomnieniami dotyczącymi wewnętrznego przeżywania swojej śląskiej tożsamości. To mogą być wspomnienia własne lub kogoś ze swych zmarłych krewnych. Nie chodzi tu o barwne i bardzo długie opowieści. Proszę o teksty pisane tak jak, jakby były opowiadane w rodzinnym gronie, całkiem swobodnie, najlepiej po śląsku.

Może dla zachęty podam parę przykładów:

- Pewien mój kolega powiedział mi kiedyś: "Jo niy jest ani Polok ani Niymiec! Jo jest Ślązok!"
- Innemu mojemu znajomemu jego dziadek kiedyś powiedział: "Pamiyntej synek, my Ślonzoki do Poloków momy fest daleko. Ale do Niymców momy jesce dali".
-Jak chodziłem do szkoły w Miasteczku Śl. to myśmy wołali na niektórych w złości "Poloki na bloki". Szczególnie, gdy doszło do jakiejś zwady.
- Mój dziadek urodził się w 1914 r. Przeżył dwie wojny światowe, okres powstań śląskich, cały okres międzywojenny, cały PRL ze stanem wojennym i zmarł na początku XXI wieku. Przeżył cesarza "Wilusia", Korfantego, Piłsudskiego, Hitlera, Stalina, Gomułkę, Gierka, Jaruzelskiego, Wałęsę. Przed wojną służył w Wojsku Polskim (zasadnicza służba, jak wszyscy). W czasie wojny wzięto go do Wehrmachtu (jak wszystkich). Gdy wysłano jego pułk do Włoch przeciwko Armii Andersa udało mu się bezpiecznie uciec i sam został andersowcem. Po powrocie do kraju (na Śląsk rzecz jasna) podczas wesela jednego z jego synów zarzucono jego synowej, że za Niemca wyszła. Dziadkowi ze złości aż łzy w oczach się pojawiły, gdy zaprzeczał temu pomówieniu. Przy czym opowiedział całe swoje perypetie wojenne. Zachowały się jego listy pisane z wojska do swej małżonki. Z ich treści wiem, że mówił prawdę. Bo dziadek taki był - pracowity, prawdomówny, wierny i nade wszystko szczery. Jestem dumny, że miałem takiego dziadka.

A może ktoś pragnie się też podzielić własnymi tego typu wspomnieniami? Bardzo gorąco zapraszam.

Po co to?
- Gdy zbierze się tego więcej zostanie to odpowiednio posegregowane i spisane w postaci książkowej. - Jeśli ktoś zapragnie zachować anonimowość, zostanie to uszanowane.

Teksty proszę wysyłać na mój adres internetowy: januszpfaff@interia.pl

Pyrsk



- Okinawan Goju Ryu Karate Do

Zapraaszam wszystkich do trenowania w

Uczniowskim Klubie Sportowym

Okinawan Bushi

w Miasteczku Śląskim. 

www.karate-miasteczko.u2.pl

Treningi obejmują:

- klasyczne karate: Okinawan Goju-Ryu Karate-Do

- broń kobudo: Koburyu


(Okinawan Bushi znaczy mniej więcej tyle, co okinawski wojownik, lub wojownik z Okinawy).




- Konferencja o śląskiej godce

30.06.2008 r., Sala Sejmu Śląskiego, Urząd Wojewódzki w Katowicach, ul. Jagiellońska 25.

Konferencja: „Śląsko godka – jeszcze gwara czy jednak już język?”

Pod patronatem Wicemarszałek Senatu RP Krystyny Bochenek, Wojewody Śląskiego Zygmunta Łukaszczyka, Rady Języka Polskiego PAN.

 

 

 

Dopowiedzi do Konferencji Śląsko godka – jeszcze gwara czy jednak już język?

 

            Byłem na tej konferencji, wysłuchałem uważnie wszystkich przemówień i po przemyśleniach nasunęły mi się pewne wnioski. Wydaje mi się, że w końcu zrozumiałem pewne kwestie, których jak dotąd chyba nikt pojąć nie może. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.

 

            Po pierwsze – pytanie zawarte w tytule konferencji jest niejednoznaczne i zawiera w sobie dwa błędne stwierdzenia: 1) mowa ślązaków to tylko gwara, 2) mowa ślązaków to nie język.

Już w czasie trwania konferencji padły słowa z ust kilku mówców, że określenie „gwara” jest przez nas Ślązaków odbierane pejoratywnie i z tego powodu uprzejmie prosimy o zaprzestanie używania go odnośnie naszej mowy (na marginesie dodam, że w literaturze ciągle też powtarzane jest bardzo nieatrakcyjne określenie Ślązaków jako autochtonów; czyli kogo – tubylców, dzikusów, „indianerów”?). Gwara to taka skarłowaciała odmiana języka literackiego, takie niedbałe posługiwanie się językiem oficjalnym, urzędowym, narodowym – w tym przypadku sugeruje się uparcie, że chodzi o język polski. A przecież wszystko wskazuje na to, że mowa śląska jest o wiele, wiele, wiele lat, a nawet odważę się powiedzieć – kilkaset lat starsza od współczesnej (umownie XX-wiecznej) literackiej polszczyzny. Także jeden z uczestników konferencji, profesor, naukowiec, specjalista, znawca stwierdził, że literacka polszczyzna powstała nie inaczej, jak poprzez połączenie wielu różnych gwar czy dialektów. Literatura przedmiotu potwierdza, że jego głos nie jest odosobniony. A zatem, czy to „śląsko godka” jest gwarową odmianą języka polskiego, czy może w pewnym stopniu odwrotnie – język polski częściowo pochodzi ze „śląskiej godki”?  Nie można też mylić odmiennego znaczenia wielu słów pojawiających się w mowie śląskiej i w literackiej polszczyźnie. Na przykład słowo „godać” i „gadać”. Po śląsku „godać” znaczy mówić, rozmawiać, wypowiadać się, a polskie „gadać” znaczy pleść trzy po trzy, paplać, mówić byle jak i byle co. Na to bowiem polskie słowo „gadać” my Ślązacy używamy określenia „fandzolić”, „fandzolynie” („zamias godać jak cza, to ino fandzoli”, „niy fandzol ino godej normalnie”, „godej zysto jak cowiek, a niy fandzol mi sam”). I takich przykładów jest przeogromnie wiele. Poza tym łatwo jest mówić, iż mowa śląska w jej obecnej formie jest bardzo podobna do języka polskiego i na tej podstawie wysuwać tezę o jej polskiej etymologii. Jest to jednak stwierdzenie oparte na złudzeniach. Bowiem przed przyłączeniem Górnego Śląska do Polski mowa śląska tak dalece różniła się od języka polskiego, że przybysze spoza Śląska mylili ją z językiem niemieckim. Ślązacy zaś tak słabo nieraz rozumieli język polski, że specjalnie dla nich wydawano gazety polskie pod względem treści, ideologii, ale pisane w języku niemieckim, lepiej zrozumiałym dla Ślązaków. Sam zresztą pamiętam mojego dziadka Georga, babcię Hildegardę, a nawet jeszcze tatę (również już nieżyjącego), którzy mówili w taki sposób, że dziś pewnie mało kto potrafiłby ich zrozumieć. Ja to słyszałem, tę ich mowę, która obecnie jest już podobnie jak łacina – w ogromnej mierze martwa. Dlatego jestem całkowicie przekonany, że to nie żadna gwara, dialekt czy co tam jeszcze innego, ale rzeczywiście odrębny język, niezrozumiały zarówno dla Polaka, jak i dla Niemca, o Czechu już nawet nie wspominając. Wielkie szkody śląskiemu językowi przyniosły szczególnie pierwsze lata po zakończeniu II wojny światowej, kiedy to w ramach totalnej walki z niemczyzną poprzez tzw. re-polonizację (ponowne polszczenie) tępiono język śląski w jego oryginalnej formie pod pretekstem rzekomego oczyszczania go z tzw. germanizmów, co ze względu na specyfikę tego języka było absurdem (stosowano jawne i zawoalowane represje – pozbawianie obywatelstwa polskiego łącznie z konfiskatą mienia i wysiedleniem do Niemiec, grzywny pieniężne, szykany w pracy i szkole itp.), a do tego prowadzono rzeczywistą kolonizację (dosłownie – na wzór kolonizacji XVIII i XIX-wiecznych kolonizacji dzikich krajów) Górnego Śląska Polakami z głębi kraju i z kresów wschodnich Polski przedwojennej, co w następnych latach/pokoleniach skutkowało mieszanymi małżeństwami śląsko-nieśląskimi itd., itp.

Zatem jeśli my Ślązacy mówimy o legalizacji języka śląskiego, to nie mamy na myśli nic innego, jak właśnie ten ginący już język mojego dziadka Georga (urodzonego w 1914 r.).

 

            Po drugie – sprawa śląskiej gramatyki, słowników itd., itp....

           

            Zwracam się tu do wszystkich językoznawców, polonistów i im pokrewnych naukowców, a także do wszystkich innych ludzi kierujących się w tym przypadku jak najbardziej dobrą wolą:

 

Szanowni Państwo. Nie twórzmy niepotrzebnych bytów. Nie komplikujmy niepotrzebnie tego, co w istocie jest niebywale proste. Pojawia się coraz więcej propozycji pisania „śląskich” liter. A to proponuje się jakieś daszki i kółeczka nad samogłoskami, a to znów oddzielanie liter apostrofami. To jeszcze można jakoś przeboleć, ale... moi drodzy, ja jestem Ślązakiem, od dzieciństwa posługuję się tym, co Wy nazywacie gwarą śląską, i to w jej skrajnej postaci mazurzenia. Dla podkreślenia tego, co chcę teraz powiedzieć użyję żartobliwego powiedzenia – ja po śląsku mówię lepiej niż Chińczyk po chińsku! Ludzie dajcie spokój! Przecież ja – de facto przecież ekspert odnośnie „śląskiej godki” (jak zresztą wiele setek tysięcy innych Ślązaków) – nie wiem, o czym Wy mówicie, a przecież też jestem naukowcem, humanistą, historykiem zajmującym się szczególnie historią Ślązaków (nie Śląska tylko właśnie Ślązaków). No bo kiedy słyszę, że jednym z problemów stojących na drodze kodyfikacji języka śląskiego jest litera „a” nosowa i nienosowa, „o” gardłowe i niegardłowe, to ja i inni Ślązacy nie wiemy o co chodzi. Nie ma takiego czegoś. Cały problem sprowadza się do tego, że gdy Polak spoza Śląska słyszy śląską mowę to spostrzega, że wymawiane przez Ślązaka samogłoski są jakieś inne. I tak tworzy się jakieś rozróżniania na samogłoski nosowe, gardłowe, jakieś tam jeszcze inne. A w rzeczywistości tego, o czym mówicie, nie ma, to jest tylko w Waszych uszach. Bo jak jo Ślonzok godom, to mam w swej świadomości to, że używam po prostu samogłosek „a”, „o”, „u” itd., bez dzielenia ich na jakieś tam odmiany. Może powiem inaczej – jeśli ktoś z jakiejś tam wsi w centralnej Polsce powie „jo tam pude, bo psecie muse, a łon nie wi co, ino se śpiwo beleco” i zapisze to tak jak słychać, to ktoś z drugiego końca Polski czytając to na głos nie powtórzy tych słów tak, jak je powiedział ich właściwy autor, a jeszcze inaczej przeczyta je mieszkaniec Podhala, a jeszcze inaczej mieszkaniec kresów wschodnich, a jeszcze inaczej usłyszymy to z ust Anglika, Rosjanina czy Niemca, aczkolwiek doskonale znającego język polski. A już Ślązak to wcale tego na głos nie przeczyta, „bo to tako richtik gorolsko godka, ze az wstrynt biere” (mówię to oczywiście w charakterze żartu, aczkolwiek zawierającego całkowitą prawdę, co jednak wymaga oddzielnego wyjaśnienia).

W czym zatem tkwi sedno problemu? Jak to w czym? W tym, co powszechnie określa się mianem akcentu.

Nie chodzi tu o akcentowanie tej czy innej głoski w wyrazie, ale o akcent językowy, niepowtarzalną i prawie nie do nauczenia melodyjność każdego języka. Wystarczy posłuchać przemówień sejmowych – wszyscy wprawdzie mówią „czysto” po polsku, a jednak ja od razu, po kilku usłyszanych wyrazach wiem na sto procent, że ten a ten poseł to Ślązok, chociaż widzę i słyszę go pierwszy raz w życiu. Tak samo łatwo rozpoznajemy po owym akcencie Anglika, Rosjanina, Włocha, Niemca, który włada „perfekcyjnie” literackim językiem polskim. W czasie studiów poznałem kolegów, którzy swoim akcentem zdradzali, że są gdzieś z okolic polski południowo-wschodniej. Gdy byłem w wojsku znałem kolegę z podhala, który mówił typowym zakopiańskim akcentem. Do tego dochodzi też tonacja zdradzająca w pewien sposób namiastkę mentalności danego społeczeństwa, z którego ten czy ów mówca się wywodzi. Szanowni naukowcy językoznawcy, sami przecież wiecie, że tego nie sposób skodyfikować. Tego po prostu trzeba się nauczyć w rodzinnym gronie, tego nie można nikogo nauczyć w szkole przy tablicy. Z tym trzeba mieć żywy i nieustanny kontakt od urodzenia. Mały przykład: śląskie słowo „idzys”, w dosłownym tłumaczeniu na literacki polski „idź że”. No i ktoś pomyśli, że chodzi właśnie o to, że jeden drugiemu każe dokądś iść, a tymczasem jest to takie słówko bez konkretnego znaczenia, mające jedynie wyrazić emocje związane ze zdziwieniem („pados?!, a idzys, idzys!”).

Zatem nie słowniki i kodeksy gramatyki śląskiej są potrzebne, ale literatura piękna pisana po śląsku. To, czego my Ślązacy chcemy to tylko tego, żeby naszą mowę przestać nazywać gwarą, a na dowód i niezbite potwierdzenie tego domagamy się zapisania ustawowo, że nasza śląska mowa jest jednym z wielu języków świata. A to, czy będzie słownik języka śląskiego, czy będzie gramatyka języka śląskiego to już jest nasza śląska sprawa, którą my sami zajmiemy się najlepiej. Jak by to powiedziała moja ś.p. babcia Emilia, która czasem pouczającemu ją dziadkowi Franciszkowi mówiła z przekąsem: „nie ucz psa szczekać!”. Przecież Grzegorz Piramowicz czy Onufry Kopczyński też nie byli Czechami, Rosjanami, Węgrami czy Chińczykami, ale konkretnie – Polakami. Ktoś powiedział, że nam Ślązakom potrzeba takich śląskich Piramowiczów i Kopczyńskich, a ktoś inny sprostował, że raczej śląskiego Ceynowę. A ja uważam, że i jednych i drugich mamy i mieliśmy już bardzo wielu. Wystarczy, aby móc wreszcie mówić o języku śląskim. Tak, bo mówić w języku śląskim cały czas możemy i niczyjej zgody nie potrzebujemy, ale mówić o języku śląskim to już nie bardzo, bo zaraz padają obawy o tendencje secesyjne Górnego Śląska.

Ponadto, my Ślązacy nikogo tak na prawdę nie pytamy, czy jest język śląski, ani nie prosimy o powołanie do życia języka śląskiego. My tylko wszystkim, którzy nas słyszą, mówimy, że jest język śląski i prosimy, aby wszyscy zechcieli to wreszcie przyjąć do wiadomości i aby zaprzestali nas obrażać mówiąc, że „śląsko godka” to tylko gwara języka polskiego, a takiej używają tylko prostacy, górniczo-hutniczy plebs oraz niewykształceni nieokrzesańcy, bo już i tak nikt w to nie wierzy (weźmy chociażby przykład mojej skromnej osoby albo innych znanych – reżyser i polityk Kazimierz Kutz, aktor Krzysztof Respndek z Miasteczka Śląskiego i wielu innych). U nie-ślązaków ujawnia się tylko coraz bardziej obawa, że od języka śląskiego prowadzi krótka droga do niepodległego państwa śląskiego. Ludzie złoci! Co za gupoty! My niy kcymy nicego inksego, jak ino tego, coby my mögli być soböm, tak jak wszyjskie inkse ludzie – jak sie to dzisiej godo – na luzie. My niy kcymy ślönski gramatyki ino swobody w godaniu w szkole, kościele, w robocie, na dworze, w gazycie, w radiu, telewizorze, w internecie w sklepie i na drödze... wsyńdzie!

Trzeba tu jeszcze dopowiedzieć, że faktyczne, aby móc pisać po śląsku musimy wprowadzić kilka liter, ale nie różnych odmian jednej i tej samej samogłoski „a”, „o” (proste, krzywe, pochylone czy jakie tam jeszcze), tylko chodzi o litery oznaczające samogłoski, których nie ma w żadnym innym języku świata, już na pewno nie ma ich w języku polskim, np. mówione z francuska „y” z ogonkiem (na wzór polskich „ę” czy „ą”, np. giýś, czyli gęś) oraz to, co ja zapisuję na ogół jako „ö” (owo kontrowersyjne „pochylone” „o”, czyli samogłoska pośrednia pomiędzy „o” a „u”). Ale na tym dość. Więcej liter nie trzeba.

 

Jeszcze jedno – Ślązak często tylko niby godo, bo tak richtig to wstydzi się godać czysto po śląsku z osobą spoza śląska i mimowolnie stara się trochę tę śląsczyznę spolszczać, chociażby z obawy bycia niezrozumiałym. Wychodzi z tego mieszanka śląsko-polskiej godki. Nie-Ślązak na ogół nie zdaje sobie z tego sprawy i skrzętnie publikuje to, co słyszy, jako mowę śląską. Widać to chociażby po pobieżnym przeglądaniu tego typu cytatów w różnych opracowaniach naukowych i innych. To z kolei prowadzi do wielu błędnych teorii o nieskończonej ilości odmian śląskiej mowy, że nawet ludzie na jednej ulicy mówią różnie. To jest błędne myślenie. Ale do tego może wrócę przy następnej okazji.

 

Pyrsk!




- Byłem za granicą, czyli w Krakowie

Byłem niedawno w Krakowie i z przykrością stwierdzam, że to już nie jest mój dawny Kraków, mój, czyli tki, jakim go do tej pory znałem.

Nocleg rezerwowałem przez Internet w... hostelu (czy wszyscy Polacy znają to określenie?). Po przyjeździe do Krakowa najpierw swe kroki musiałem skierować do kantoru celem zakupu Euro, bo rachunem w hostelu obliczono i wystawiono mi w tej właśnie obcej przecież walucie. No ale jest problem. Szukanie słowa "kantor" na szyldach może okazać się bezowocne, bo w Krakowie kantory fukcjonują pod nazwą "exchange". W hostelu miły kierownik poinformował nas, że wiele praktycznych informacji turystycznych można odszukać na wywieszonej wewnątrz gazetce ściennej. "Miłe" zaskoczenie - wszystko po angielsku. Na ulicach, w kawiarniach, w restauracjach, muzeach mało kto mówi po polsku. Wszędzie słychać język angielski. Po ulicach wieczorami chodzą całe grupy mężczyzn będących pod wyraźnie widocznym wpływem alkoholu i wrzeszczą po angielsku jakieś wulgaryzmy. To już nie mój Kraków. A więc moja dobra rada - jeśli ktoś zamierza pojechać na wycieczkę do Krakowa niech najpierw pouczy się nieco języka angielskiego, bo bez tego ani rusz.

Ale to jeszcze nie koniec wrażeń.

Razem z małżonką byłem na cmentarzu rakowieckim. Chcieliśmy odwiedzić grób rodziców Jana Pawła II. To akurat udało się bez zbędnego błądzenia po tej rozległej nekropolii. Tam każdy wie gdzie to jest i chętnie wskaże drogę.

 Przy wejściu na cmentarz znajduje się wielka tablica informacyjna, na której wypisano najciekawsze groby znanych ludzi z podaniem w bardzo ogólnym przybliżeniu ich lokalizacji. Zainteresował mni od razu grób Adama Chmielowskiego, czyli świętego Brata Alberta z Krakowa, o którym Jan Paweł II napisał pracę magisterską, następnie sztukę teatralną, która doczekała się ekranizacji, a w czasie swego pontyfikatu papież wielokrotnie wspominał o tej postaci. Wreszcie nie gdzieś indziej, jak właśnie w Krakowie w dniu 22 czerwca 1983 r. na błoniach osobiście ogłosił go błogosławionym, a 12 listopada 1989 r. w Rzymie kanonizował, włączając do grona świętych Kościoła katolickiego. Co prawda szczątki świętego Brata Alberta jako relikwie zostały ekshumowane i umieszczone w jednym z krakowskich kościołów, niemniej jednak jego pierwotny grób zasługuje przecież na pamięć i szacunek, zwłaszcza, że poprzednie pokolenia właśnie tam chodziły się modlić za wstawiennictwem zmarłego w 1916 r. zakonnika-biednego opiekuna biednych. Razem z żoną najpierw próbowaliśmy odszukać ten grób samodzielnie. Po nieudanych próbach postanowiliśy kogoś spytać. Pytaliśy różnych ludzi, nawet siosty zakonne. I co? I nic. Nikt nie wiedział gdzie ten grób może być. W większości przypadków nasi rozmówcy sprawiali wrażenie, jak gdyby w ogóle nie wiedzieli o kogo ich pytamy. To wszystko sprawiło, że jeszcze bardziej chciałem znaleźć ten zapomniany przez mieszkańców Krakowa grób świętego - "krakowskiego biedaczyny", jak go określił Sługa Boży Jan Paweł II. Wreszcie udało się. Sami go znaleźliśmy, właściwie już wcześniej obok niego przechodziliśmy, ale dopiero za drugim razem, przypadkowe spojrzenie na napis nagrobkowy sprawiło, że mogłem w myślach wykrzyknąć "eureka". Grób bardzo przeciętny, mały w porównaniu z wszechobecnymi na tym cmentarzu ogromnymi rodzinnymi sarkowfagami. Widać wyraźnie, że nagrobek ten mało kogo interesuje. Brak świerzych kwiatów i zniczy. Przecież to grób osoby kanonizowanej przez umiłowanego Sługę Bożego Jana Pawła II. Smutne to bardzo. Dlaczego tak łatwo i uparcie pamiętamy złe czyny, często dawno już przez winowajców odpokutowane i szczerze odżałowane, a tak łatwo zapominamy o osobach, które same były uosobieniem dobra.

Jan Paweł II wielokrotnie nauczał, że naród zapominający o swej przeszłości sam siebie pozbawia przyszłości. Jeśli my sami nie będziemy dbać o nasze narodowe świętości, to kto? Ci wszyscy anglojęzyczni obcokrajowcy, którzy w większości nawet nie są katolikami? Nie łudźmy się.

Niebawem zamieszczę tu kilka zdjęć.





strona :  1 |  2 |  3 |